piątek, września 17

To się zaczęło w niedzielę, albo w poniedziałek, całe wieki temu...

Dalsza część tego.


Co zrobić, gdy jakiś idiota zabuja się w tobie i świata poza tobą nie widzi? Jak mu wtedy przemówić do rozumu? Zignorować, najłatwiej. Ale kiedy ignorowanie, zaczyna męczyć i wszystko ogólnie staje się pogmatwane, może pora zmienić taktykę? Czy to w ogóle coś da?
Ciężko jest zrozumieć ludzkie uczucia. Naprawdę ciężko, szczególnie, gdy się z ludźmi ma mało wspólnego. Czemu więc przybyłam na tą planetę, czemu nie zaprzestałam podróży tu po pierwszym razie, tylko coraz częściej tu jestem? Ta dziwna aura, która otacza to miejsce, potrafi tak zaczarować, obezwładnić zmysły, że może mimo wszystko mam blade pojęcie o tym, co czuje ten człowiek?
Jednak ja nie potrafię czuć tak jak człowiek i to sprawia, że smutek przyćmiewa i tak ciężkie do uchwycenia uczucia, które jestem w stanie poczuć w tym miejscu.
Ta Ziemia tętni życiem. Całą masą emocji i zdarzeń, myśli. A ja jestem spragniona doznań, spragniona i stęskniona za tymi odległymi mi uczuciami.

On przecież też nie jest do końca normalny... Tak stracić rozum... Dla kogo? Dla mnie?! Od jednego krótkiego spojrzenia móc się zadurzyć tak mocno? Na tyle lat, bez przerwy czując tak samo, lub coraz mocnej? Można tak? Czemu jestem aż tak zazdrosna o te uczucia, może sama też bym tak chciała. Ale on cierpi przeze mnie, czy ja także szukam cierpienia? Czy to lepsze od obojętności, od braku jakichkolwiek prawdziwie ludzkich emocji?
Czemu w ogóle odnoszę to wszystko do ludzi? Ani ja nigdy nie zostanę człowiekiem, ani od już nigdy nim nie będzie.
Spróbuję. Zapytam czy potrafi, czy pokaże mi jak odczuwać. Czy da radę ze mną rozmawiać, czy może znowu będzie się we mnie wpatrywać jak w obrazek?
Czuję się taka bezradna. Potrzebuję chyba jego pomocy, nic innego nie przychodzi mi na myśl.

Tym razem nie byłam tylko ulotną zjawą, której widok działał na niego jak przelotny deszcz podczas nieznośnego upału. Tym razem pozwoliłam sobie na podejście i spojrzenie w jego stalowe niczym potok źrenice.
I przeklęłam samą siebie za to, co zrobiłam.
Z nim.
Z sobą.
Od tego czasu nic już nie było takie, jak sobie wyobrażałam.

O.

środa, września 8

To się zaczęło w niedzielę, albo w poniedziałek, nie jestem pewien...

Zaczarowałaś moją duszę, dziewczyno. Zniewoliłaś. Obezwładniłaś mnie całego. Teraz nie mogę spojrzeć w niebo, bo od razu pod powiekami mam wyraz twojej twarzy, twój bezczelny uśmiech, którym mnie żegnałaś, odchodząc...
I to pytanie, przemykające między myślami, w zasadzie zagłuszające wszystkie myśli: Dlaczego? Po co ci to było? Jaki cel w tym miałaś, by tak zrujnować mi życie?
Ale powiem tylko: Dziękuję...
Za te wszystkie chwile, które pozostały w pamięci, raniąc każdy kawałek mojego ciała, mojej świadomości. Te wszystkie sekundy, które wydawały się wiecznością, napawając mnie wtedy bezgranicznym szczęściem. Te długie lata, które minęły od tego czasu, szybciej niż gwiazda spadająca nocą po bezchmurnym niebie.

Zjawiasz się w moim życiu ponownie. By znów mnie ranić. By znów mieć z tego chorą satysfakcję, a ja znów ci ulegam. Znów cały jestem dla ciebie, gotowy oddać życie, jeśli tylko tego zapragniesz. Znów jestem szczęśliwy. I smutny zarazem, bo wiem, że nic się nie zmieniłaś, że znowu mnie zostawisz, że ja znowu będę cierpiał, jeszcze bardziej niż do tej pory. Ponieważ gdzieś we mnie tli się cicha nadzieja, że się mylę.
Pierwszy raz spotkałem cię nad morzem, wyłoniłaś się spośród fal, niczym syrena. Piękniejsza od brzasku wczesną wiosną, piękniejsza od blasku księżyca odbijającego się na tafli bezkresnego morza. Piękniejsza niż wszystko, co było mi dane zobaczyć w całym moim życiu.
Przeszłaś obojętnie, nie racząc mnie nawet spojrzeniem, jakbym w ogóle nie istniał.

Zjawiałaś się często. Nie wiem, czy wybierałaś te miejsca specjalnie, czy wpadałem na ciebie przez przypadek. Może tylko niechcący się mijaliśmy. Może oboje lubimy podobne krajobrazy, odludnione ciche miejsca, gdzie natura jest dzika i niezmącona ingerencją ludzkiej dłoni.
Byłaś aniołem. Jesteś nim cały czas. Bardzo okrutnym aniołem, który pozwolił mi ujrzeć swoje piękno i utonąć w nim na zawsze.
Zabawne, ale nie czuję do ciebie urazy za to wszystko. Jedynie nienawidzę samego siebie za to, że ci uległem od pierwszej chwili, w której cię zobaczyłem.
Patrzę teraz na błękit letniego nieba, czuję wiatr przemykający między palcami wyciągniętej przed siebie ręki.

I kocham cię, jakże szalenie cię kocham.

Pomimo, że szukam w sobie siły, by ci się oprzeć, jestem szczęśliwy, że mogę choć na chwilę ponownie spojrzeć w twe błyszczące oczy, w których odbity jest cały wszechświat, miliardy gwiazd, miliony planet, tysiące galaktyk i cisza. I chaos. Tęsknota, jeśli się nie mylę.

Nie pytam za czym, bo wiem, że mi nie odpowiesz...

N.

poniedziałek, lutego 8

Re

ja...
wśród toni milczących lat
wśród miliardów migoczących gwiazd
spalam się...
destruktywnie bez końca
gasnę...

środa, maja 27

Another day.

Przetłumaczone "Kolejny dzień"

I woke up early in the morning, as usual. I looked out the window and I noticed white fluff covering the trees and grass. The snow surprised me. When I was falling asleep it was still Fall. Actually, the beginning of fall, since September just recently ended. I looked up amazed at the small diamond-like structures falling from the sky. The stars disappeared unsurely as if the day wasn't supposed to arrive. I saw the light of the pale sun slowly rising above the forest. I shook myself unwittingly getting my mind back to reality.
I put on a dark-green colored tunic and brown jeans. I washed my face in a bowl of water. I brushed and braided my hair. Then, I walked downstairs. I wasn't even half way there when I heard screams. It was my parents. They always argued for everything. If they had a common point of view on an issue, at some point, one of them quickly changed their mind and it was back to the arguing. Sometimes, I had a feeling that they couldn't live any other way. Only their family and home was what still kept them together.
Often I wondered how come they seem so hateful at the moment when twenty years ago they were so in love with each other. But I guess that's love. It comes unexpectedly, and leaves even quicker. It chooses the moments, where we don't even notice that it's gone. And after a few years, It's gone completely, and things end up the way they are right at this moment. In arguments.
I stopped and sat down on the stairs. I didn't want to be in their business. The last time I did that my father slapped me very badly, me as well as my brothers. I still don't understand why them too. They did nothing wrong.
Suddenly there was silence. And at that moment, I felt as if there was nothing in the world except for that silence. It filled my awareness. And then my mother's screams suddenly filled my head, filling it with sudden, unnecessary pain. I shook myself trying to get my thoughts back to reality. I ran downstairs to see what has happened. The sight of what I saw scared me terribly. I stood there, as if paralyzed, and I wasn't able to move. From the distance, I felt the begging sound of my mother's voice as she laid on the floor. There was a puddle of blood on the floor. It also covered the furniture and my mother's clothes. I slowly approached my parents. My father laid on the floor face down. He didn't move. I could tell he was dead.
I took his body off my mother who was in shock. She was crying the whole time. I had to clean up before my brothers woke up. But listening to the chaos my parents had started, I figured my brothers were probably awake by now anyway.
Luckily they were still up in their room.
I helped my mother wash the blood off. I wrapped my father's body in a carpet and took it outside in the direction of the forest. I dug a ditch and buried him there. The layer of snow was very thin. I could tell that it was snowing harder by the minute. Nobody will find any footsteps. Nobody walked this way, anyways. Only my father, when he went out to chop wood. I hoped that he would like this place of burial. But his pale face, smuttered with blood, did not seem to look happy. And I wasn't expecting this anyway. My father never seemed happy. I went back home and washed the blood off myself, the furniture and the floor.
When Azriel and Jonathan woke up, or at least came down from their room, I told them that their father left. They did not ask any questions. I was sure they knew the truth anyway.
About 6 months after the accident, my mother met a new man. They also fought from time to time. That's when I had flashbacks from the nightmare that happened that October, reminding me of my father. I dreamt of him a lot. When he walked in through the door of my mother's room and he held a knife. Always the same one. Then he would approach to kill her. Then he laughed and went to look for my brothers as well. In his hand, he holds the chopped off heads of all the family members. Then I wake up screaming, covered in sweat, touching my neck with my hands to make sure I was alright.
Although a couple of years passed since his death, I still sit on a rock at a nearby beach, and I sometimes think of my father.
-Mom, I want to leave this place.- I said one evening sitting on the steps leading to the garden. -I still get flashbacks from that horrible day. It was a nightmare. I'm here in this village my whole life and I don't remember the last time I left this place.
Then my mother, with tears in her eyes, agreed.
I wouldn't be surprised if she tried to stop me though, although I wouldn't have done anything differently anyway. I packed, took some money, something to eat, and I mounted a horse leading into the city. The city was 2 days east from my village. I suddenly felt free. But I knew in the back of my mind, that I was not.
I slept under the stars on a meadow. I was star-gazing a lot. I loved it. The stars always looked so small and close. But in reality they were large and very far away. Just like human life.
I fell asleep. That Night I didn't dream about my father. I had no dreams actually. None at all.
On my way to the city the next day, after a small humble meal, I saw the body of a dead beggar.
In my mind, I saw a bunch of rich men attacking a helpless innocent human. "It must be dangerous here", I thought to myself. Luckily I reached the city safely. I found a place to stay at an old, nice lady's house. The following morning, I went to search for a job. The things I saw on the streets were beautiful as well as horrid. Walking around the city, I met very wealthy looking women, as well as poor looking beggars and merchants. Dressed in old cloths. Wandering like lost shadows. Their eyes looked emptily at the world around them as if they didn't notice anything worth living for. Their minds looked occupied in their sadness and suffering.
I assumed that what has happened to my family a few years ago was not as horrible as what was going on here, on the streets.
I did not find a job. Nobody wanted to hire a stupid village girl. Even though I was strong and swift, I did not know how to count, read, or write. I never succeeded. I slowly started running out of money, so I lived off robbing people. In this city, it was like you've seen everyone, but nobody saw you. This made the job much easier. After some time I knew the city better than any other average person living there. My past stopped bothering me as much because I found the present more important.
Everything was settled in place, maybe not perfect, but at least it was something. I planned to rob an average looking buyer who always shopped at the market. I watched him for the longest time. I could not wait till the day I would do this. And suddenly it came.
I was calm. I learned that you cannot let emotions take over. I did not feel guilt either, luckily. And that was very important. At first, when I felt bad for my victims, I ended up breaking down and feeling extremely guilty. And it ended with me getting screamed and cursed at with being addressed to leave immediately.

I turned into the street towards the man's house, my victim. It was dark,
I went in through the front door, I knew just where to go, and where everything was exactly, and that I only had about twenty minutes. The merchant was in a pub at the end of the street. Everything was going as planned. I was inside, I only took the most valuable things, not wasting any time. There was a loud noise coming from the front door. Was that him? So quickly? I hid quietly in a corner of the room. I heard approaching footsteps. Some figure came into the room. I saw its shadow from the reflecting moonlight. It wasn't the merchant. My heart stopped. I knew who it was. I didn't know him personally, although I knew he came for the very same reason I was there.
-I was here first. You can leave now.- I said quietly to the stranger.
The figure moved, its head turned towards me.
-He's rich. There's enough for the both of us.- He answered quietly.
-No there isn't.- I got up out of the corner and walked towards him, seeing his face more clearly. He wasn't much older than I. I was a bit surprised because I wasn't expecting someone as young as him to be robbing the place. We stood there in silence for a bit.
-When you finish and leave, I will take what's left.
-You won't have enough time.- The door opened and I jumped through the window onto a small roof. The merchant came into the door. The boy followed my footsteps, and before the drunk man understood what has happened in his house, we were already gone.
I ran down the roof as fast as I could. I kept hearing the boy running right behind me. I wasn't sure if he was also running away from the man, or just running to catch up with me. I stopped and hid behind a chimney, a second later, the boy appeared next to me.
-I didn't have enough time because of you.-he hissed. -I planned this for a week.
-Well I've been planning it for a month.- I replied.-I watched him daily, what time he gets home and everything. I was even in the house twice. I planned it out better than you. But when I heard you coming in I was really surprised.
-Thanks. But I still don't get anything out of this.
-That wasn't a compliment.
-Sorry.
-It's fine, but I have to go.-I jumped off onto a dark alley, and calmly turned into a street that lead me towards the beach. I knew he was trying to spy on me, yet I didn't wanna ruin his fun. I sat on a cliff, leading to a big fall. I loved to stare at the ocean as much as at the sky.
Even more, actually. I felt some sort of connection as I watched the waves crashing roughly against the cliffs below me. I waited for the boy to appear in front of me. He didn't. I was a bit irritated.
-You can come out now. I know you're here.- I couldn't take it anymore.
The sun began to rise and it got light out. The yellow rays of sun slid against the surface of the ocean. I saw him more clearly now, he wasn't much different than I. He was dirty and barefoot, wearing an old shirt and pants. Then I realized he can clearly see me as well. Dirty and ungroomed. I didn't know what to say.
-Why did you follow me?.- I asked
-Because I want to get to know you better.-He answered.- I spent my whole life in this city and I've never seen you before.
-Maybe because I haven't spent my whole life here.-I smirked.
-Possibly.-he answered.-So what have you been doing your whole life?
-I couldn't forget.-I answered after a second of thought.
-Forget what? He asked.
And then we began talking as if we knew each other our whole lives. I told him the story of my life and he told me his. He had 4 siblings, whom he had to take care of, because his mother was sick.
-Have you heard of the war that's coming?-He asked
-Yes.
-What do you think about it?
-Nothing.
-You have pretty eyes- This shocked me. I've never heard a compliment from anyone in my life. At all.
-Why are you staring into space? are you feeling alright?
-What? Yes Yes, of course. I'm not staring into space.
-So what are you staring at?
-The sea. See, I thought about it, and you're in such a difficult situation at home.
-And you lived through a nightmare in your life.
-I Know. But there's no sense in talking about it much longer. Everyone's life is a nightmare in some way. Here, take this. You need it more than I. - I said as I unpacked my bag.
-What are you talking about?
-But it was too late. I was standing on the edge of the cliff staring down at the waves below me.
-Stay there, don't move. You won't do it.... right?
-I used to care about my life. Until I found myself in this city. And then I realized that others need certain things more than I do. And you don't care about me. You only say that because you think that you & I are alike. We aren't. Everything interesting that I've had in my life is long gone. And if you really care about me you will take all of this that I want to give you and not regret it...
That's when I jumped. Everything around me was spinning. The wind and the sea. A chilly breeze was wrapped around my body, like a mother holding its child. And that was it. That was the end of this life.

czwartek, maja 21

Ironia

Ironia
twych ust, niech otuli
kanon wdzięków jej istnienia
uległość, pasja,
nieskrępowanie
w zwierciadle duszy,
oceanie fiołkowych gwiazd
jest odpowiedzią...
kradnie słońce,
a ty błądzisz w mroku.
za późno...
czasu nikt nie zatrzyma

wtorek, maja 19

Nieodwołalna konieczność

Idź,
Idź, a spotkasz to, czym jest przeznaczenie.
Czemu nie idziesz?
Boisz się?
Tak łatwo jest stać i czekać.
Na co czekać?
Na co ty czekasz?
Na swe fatum?
Masz rację - i tak cię znajdzie.


A ja grzecznie idę,
Wciąż niegrzecznie uciekam,
Przemierzam czarne lasy,
Brnę przez knieje, moczary
Pani swego losu
Na przekór woli bogów,
Na pohybel światom,
Idę...
Choć wcale nie chcę
Patrzeć na to całe zatracenie
tak bezradnie...
Dlaczego nic się nie dzieje?!
Gdy ponownie odejdę
Znów nic na drogę mą nie zstąpi,
Nic, co nie pozwoliłoby iść dalej
A kiedy już oszaleję,
czy to także będzie przeznaczeniem?

niedziela, kwietnia 5

Älveend’âth - Kraina Czarów

W dniu ósmego lipca było słonecznie i ciepło. Prześliczne kwiaty zdobiły ogród, zalewając go tęczą kolorów i zapachów. Słodko śpiewały ptaki, tchnięte atmosferą tego cudownego dnia. Na łące bawiły się rozjuszone dzieci.
– Dzieciaki muszą się wyszaleć. – Oznajmił wszystkim dziadek z miną prawdziwego filozofa.
– Jak będą tak szaleć, to w końcu stanie się, nie daj Boże, jakieś nieszczęście. – Stwierdziła babcia. Jak zawsze troskliwa i nadopiekuńcza. – Gdzie jest Francesca? Dalej nie chce się bawić z resztą tej piekielnej bandy?
– Ano nie chce. – Odpowiedział na pytanie babci ojciec dziewczynki.
Tym czasem, Francesca, znudzona zabawą z młodszym rodzeństwem, postanowiła poszperać w starociach na strychu. Wzięła z kuchni latarkę i weszła po schodach na górę. Znalazła się w pomieszczeniu, które iście przypominało strych. Wszędzie stały zakurzone pudła z pamiątkami jej rodziców, dziadków a może i pradziadków. Było ciemno i duszno. Dziewczyna chciała otworzyć okno, jednak było to niemożliwe. Dojście do niego stało się nie lada zadaniem. Francesca zapaliła latarkę i zaczęła przekopywać się w stronę wielkiego okna.
Gdy była już przy oknie, zobaczyła szarego ze starości pluszowego misia. Miał oczy z guzików i był niepoprawnie cały. Wyglądał na bardzo starą zabawkę, wiec powinien nie mieć jednego ucha lub rozdarte ubranko. Ten miś wyglądał jak nowy, a jego futerko nie było popielate od kurzu.
Francesce od razu spodobała się zabawka. Wzięła ją do ręki i otworzyła wreszcie wielkie okno. Nagłe dotlenienie spowodowało, że Francesca straciła równowagę i wypadła przez nie.
Wszyscy widzieli jak dziewczyna trzyma w ręce szarego misia z guzikowymi oczkami.
Wszyscy widzieli jak dziewczyna spada, jednak nikt na nią nie patrzył. Patrzyli w czarne, świecące oczy misia, który spadał razem z Francescą.
Wszyscy widzieli jak dziewczyna znikła. Razem z popielatym misiem.
Wszyscy żałowali. A potem zrozumieli, co się stało. To ich przeraziło.

Francesca długo spadała w dół, a wokół niej wirował cały świat. Nie miała wątpliwości, że to nie jej świat. Spadła miękko, jakby w górę poduszek. Gdy się podniosła, zobaczyła wokół siebie domy i ulicę. Była noc. Modła jednak zobaczyć, że domy są zupełnie inne, niż te, które znała.
Ruszyła wzdłuż ulicy. Wtedy zobaczyła dziwną postać. Był wysoki i szczupły. Miał długie, jasne włosy i czarne odzienie. Wzdrygnęła się, kiedy na nią spojrzał. Jego oczy były srebrne. Z twarzy nie można było niczego wyczytać. Francesca nawet nie próbowała, bo nieznajomy szedł w jej kierunku. Uciekłaby, jednak coś ją trzymało i nie pozwalało wykonać najmniejszego ruchu.
– Dainy’held, kerteag ie fydenn. – Powiedział do niej. Nic nie zrozumiała.
– No jasne. Też cię bardzo lubię, ale już chyba sobie pójdę. – Stwierdziła, że nie może zrobić nawet kroku. – Wiesz, ja tu byłam pierwsza, więc ty powinieneś iść.
Mężczyzna lekko się do niej uśmiechnął.
– Iście nie znasz Keailenn. Nie znasz Prastarej Mowy. Karygodne. Ale po twoim wyglądzie mogę wnioskować, iż przybyłaś z któregoś z Nowych Światów, prawda?
– Nie znam żadnych Nowych Światów, Prastarej Mowy czy Ka… len. – Burknęła. – Możesz być taki łaskawy i powiedzieć gdzie jestem? – Zapytała bardzo grzecznie.
Nieznajomy odwrócił się i odszedł parę kroków.
– Nawet nie wiesz, gdzie jesteś. Oj, chyba będę musiał zaprowadzić cię… w pewne miejsce.
– Jakie mianowicie? I powiesz mi gdzie jestem?
– Jesteś w świecie, z którego nie ma powrotu. Będąc tu dłużej, po prostu nie chcesz wracać. – Tym razem uśmiechnął się szeroko. Strasznie.
Podszedł do Franceski i wziął ją za rękę. Tym razem mogła iść. Musiała. Prowadził ją ulicą, potem następną, aż doszli do najładniejszego ze wszystkich domków, jakie dziewczyna po drodze widziała. Weszli do środka. Korytarz był prześliczny. Tam białowłosy zostawił ją samą i wszedł do jednego z wielu pomieszczeń. Po kilku sekundach obok niej zmaterializował się kot. Jej ciało przeszył dreszcz.
– Niespodzianka, królewno. Musisz iść za mną. Chyba, że wolisz tu na niego czekać. Wierz, mi że to nie jest dobry pomysł. Wiesz, co on chce ci zrobić?
– A co ty chcesz mi zrobić?
– Chce cię zaprowadzić do Mistrza. Mistrz Yahgert umie dużo rzeczy. Może będzie wiedział jak cię odesłać do twojego świata. Jeśli chcesz iść, to lepiej się pospiesz. – Kot pokazał jej żeby otworzyła drzwi. Wyszli na zewnątrz. – Sporo osób wie, że tu jesteś. Powinniśmy jak najszybciej stąd zniknąć.
– To, że umiesz znikać, nie znaczy, że ja też umiem.
– Czego was w szkołach uczą? – Kot okazał pełne zdziwienie i ruszył ulicą. Francesca poszła za nim. – A ty co tak milczysz?
– Kto? Ja? – Pytanie zdziwiło dziewczynę. – O czym mam niby mówić?
– Nie mówiłem do ciebie.
– Więc do kogo?
– Do misia. Nieśmiały jest.
– Sam jesteś nieśmiały! – Żachnął się pluszak, dziewczyna kompletnie o nim zapomniała. Jej pluszowa zabawka mówi? No tak. To zapewne normalne. – Milczenie jest złotem, kiciu.
– Nie jestem żaden kiciu! Skoro taki z ciebie filozof. A co powiesz na „kto pyta nie błądzi”? Znam taką historię. O człowieku, który milczał i drugim, który był rozgadany. I zgadnij, który znalazł skarb?
– Ten, co milczał – powiedziała Francesca.
– Niby z jakiej racji?
– Bo ten drugi tyle gadał, że wszyscy wiedzieli, że szuka skarbu, więc sami chcieli ten skarb znaleźć wprowadzając go w błąd. Natomiast milczący nie zdradzał nikomu swoich planów i nikt nie mógł go uprzedzić, więc to on znalazł ten skarb.
– Ciekawe podejście do sytuacji, ale złe.
– Więc jakie jest według ciebie dobre?
– Dobre czy złe. Aczkolwiek niewłaściwe. Chcesz znać właściwe? Żaden z nich nie znalazł tego skarbu. Ani ten milczący, ani ten gadający. Nie jesteśmy idealni.
Dotarli za miasto. Dopiero teraz dziewczyna zobaczyła dwa księżyce. Kot uprzedził jej pytanie wyjaśnieniem:
– Mistrz mówi, że gdyby nie dwa księżyce, to by nie było magii. No i oczywiście musiałby być dzień. I słońce. A tak, to mamy noc w pełnym zakresie.
– Dziwnie… więc jak żyjecie?
Byli już przed domem Mistrza Yahgerta. Nie był taki ładny jak te w mieście. Jednak kiedy weszli do środka… wszystko było cudowne. Niesamowite kolory i kształty, takie które nie powinny istnieć. Były tu. I wiele innych rzeczy przeczących prawom fizyki.
Nie zabrakło Mistrza Yahgerta. Wyglądał młodziej niż Francesca myślała. Wyobrażała sobie, że będzie starcem z długą śnieżnobiałą brodą, chudym i bardzo wysokim. Pomyliła się. I to bardzo.
Mistrz Yahgert miał około 30 lat, był proporcjonalny do swojego wzrostu. Aczkolwiek był Niziołkiem. Miał na sobie czarno-szary strój, w ręku trzymał nadgryzione jabłko.
– Witaj, Dziecko Adama i Ewy.
– Eee?
– Nie ważne. Po prostu serdecznie cię witam. Jak ci się podoba w Älveend’âth – Krainie Czarów?
– Jest super. Tylko chce już wrócić do mojego świata.
– Naturalnie. Może da się coś zrobić. Zobaczymy. – W głosie słychać było nutkę niepewności, – ale najpierw… hm… najpierw spełnisz przepowiednie.
– Jaką znowu przepowiednie? Co?
– Taką jedną. Dowiesz się później.
– Nie! – tego było za wiele. Wszyscy czegoś od niej chcieli, nikt nic nie tłumaczył.
Francesca wybiegła z malowniczego domku Mistrza Yahgerta. Biegła prosto przed siebie, tak długo jak tylko mogła.
Znalazła się we mgle. Ona i miś. Wtedy dostrzegła jakiś ruch. To był lew. Francesca bardzo się przestraszyła. Przerażenie odebrało jej zdolność do wykonania choćby najmniejszego ruchu. Nie pierwszy raz w tym dniu.
Wielki lew szedł w jej stronę. Już czuła jego oddech na szyi, gdy ten przemienił się w ludzką postać. Właściwie to elfią. Taki sam elf jak ten, co ją znalazł na ulicy, gdy tylko tu trafiła. Tylko włosy miał obcięte na krótko, niezwykle jasne. Po chwili Francesca się zawstydziła. To nie był elf. O, nie, nie „on”. To kobieta. Elfka.
– Wielu pragnie byś nam pomogła. Lecz są i tacy, którym to nie na rękę. – Przeszywała dziewczynkę swym srebrnym spojrzeniem. – Mi z pewnością nie powinno to wyjść na dobre, ale jestem wierna zasadom. Biegnij na najwyższe wzgórze, najszybciej jak możesz. Ten, co cię tu wprowadził, wytłumaczy ci tyle, ile zdąży. Pospiesz się!
Francesca zaczęła biec. Nie wiedziała gdzie biegnie. Nie miała pojęcia gdzie jest najwyższe wzgórze. Ani czego właściwie chcą te wszystkie istoty. Nie wiedziała kim jest ten, który ją tu wprowadził.
– Spełni się wszystko czego będziesz pragnęła z całej duszy. Elfy Ciemności obawiają się dnia. To by ich nie zabiło, tylko ograniczyło ich możliwości. Dałoby porządek jaki tu był na początku – mówił pluszowy miś, którego ściskała w rękach. – Wielu myśli, że to usunie magię, ale ja w to wątpię. To zależy od tego, o czym sobie zaraz pomyślisz.
– Chcesz być pluszowy? – zapytała.
– Co?
– No, nie wiem. Coś jak Pinokio. Nie chciałbyś być chłopcem?
Miś się zaśmiał. Jednak pytanie Franceski wywołało burzę w jego małej główce. Chłopcem… to by dało tyle nowych możliwości!
– Można by spróbować – powiedział podniecony takowym pomysłem.
Dziewczyna wchodziła pod górę, tak jak jej kazała kobieta-lew. Miś szedł gdzieś obok, niezwykle szybko poruszając się jak na zabawkę. Wcale się nie męczył, w przeciwieństwie do Franceski, która nie była w stanie biec od dłuższego czasu.
Wchodziła zamyślona, więc nie była nie mogła zauważyć, że miś coraz bardziej zaczyna przypominać chłopca. A myślała o wielu rzeczach w tym czasie. Była pogrążona w rozmyślaniu jak sprawić, by wszystkie rasy tego świata mogły żyć w zgodzie. Tak, by było słońce i magia jednocześnie. Myślała jeszcze o wielu innych sprawach, których wcale nie miała zamiaru urzeczywistniać.
Gdy weszła w końcu na szczyt tej całej góry, jej oczom ukazał się najpiękniejszy wschód słońca jaki w życiu widziała. Dopiero po dłuższej chwili mogła się rozejrzeć dookoła. Wtedy zobaczyła prześliczny pałacyk, jakby żywcem wyciągnięty z bajki dla dzieci. W pierwszych promieniach słońca porcelanowe ściany mieniły się zaiste bajecznie. I tak miało być już zawsze. Ogromne drzewa tworzyły długie cienie na gęstej trawie.
Drzewa? W tej jałowej krainie bez światła? – pomyślała. – Słońce jest, więc są i rośliny. Czy ja o tym przed chwilą nie myślałam?
Zaczęła wodzić wzrokiem w poszukiwaniu swojego małego przyjaciela, by przekonać się czy on także zmienił się pod wpływem jej rozmyślań.
Jej spojrzenie natknęło się na niewysokiego, popielatowłosego chłopca z wielkimi czarnymi oczyma.
– To… to ty? – zapytała nieśmiało.
Skinął głową. Potem uklęknął przed nią, niczym przed królową.
– Nie wiem, coś sobie zapragnęła, ale w moim sercu jesteś naszą panią.
– Ojejku – wymknęło jej się. – Wszystko się spełniło? Niemożliwe. Ja chciałam tylko, by wszyscy żyli w zgodzie. I by był ktoś, kto nad tym będzie panował. Lecz by jego serce było wolne od zła i żądzy władania – powiedziała. – Ja nie pragnę być waszą królową.
Chłopiec się zaśmiał. Śliczny był jego śmiech.
– Chyba już za późno.
– Dopiero świta.
– Za późno by zmienić przeznaczenie jakie sama sobie nakreśliłaś.
Dziewczynka uniosła głowę, głęboko wciągając świeże, przesycone zapachem lasu, wiosennego deszczu, kwiatów i magii powietrze. Jeszcze raz rzuciła wzrokiem na krainę, która dopiero co się ukształtowała. Na krainę, w której się zakochała bez reszty.
– Ale mi pomożesz, prawda?
– Wszyscy pomożemy – powiedziała śpiewnym głosem krótko ścięta elfka, która tak ją przeraziła za pierwszym razem.
– Na to właśnie liczyłam – powiedziała Francesca - Pani Älveend’âth.

piątek, grudnia 12

Kolejny dzień.

Ehhh. Poprawione ładnie i elegancko. Znośniej się czyta.

* * *


Obudziłam się jak zwykle wcześnie rano. Wyjrzałam przez okno i dostrzegłam biały puch pokrywający drzewa i trawę. Śnieg bardzo mnie zaskoczył. Gdy kładłam się spać była jeszcze jesień. Właściwie to początek jesieni, gdyż wrzesień ledwo, co się skończył. Patrzyłam jak zaczarowana w małe diamenciki spadające z nieba. Gwiazdy znikały niepewnie, jakby dzień miał nie nastąpić. Widziałam blade słońce powoli wznoszące się nad lasem. Niechętnie otrząsnęłam się, powracając do rzeczywistości.
Założyłam ciemnozieloną tunikę i brązowe spodnie. Twarz umyłam w misce z wodą. Rozczesałam i zaplotłam włosy. Potem zeszłam na dół. Nie doszłam jeszcze do połowy schodów, jak usłyszałam krzyki. To byli moi rodzice. Zawsze kłócili się o wszystko. Jeżeli w jakiejś sprawie mieli wspólne zdanie, to jedno z nich szybko je zmieniało. Czasami odnosiłam wrażenie, że oni inaczej nie potrafią żyć. Że tylko wspólne gospodarstwo trzyma ich przy sobie.
Często zastanawiałam się, dlaczego teraz tak się żrą, skoro dwadzieścia lat temu się kochali. Ale taka jest miłość. Przychodzi niespodziewanie, a jeszcze szybciej znika. Wybiera momenty, w których nawet nie zauważamy, że jej nie ma. I po latach wszystko kończy się właśnie tak. Kłótnią.
Zatrzymałam się i usiadłam na schodach. Nie wtrącam się w ich sprawy. Kiedyś tak zrobiłam i mocno oberwałam od ojca, ja i moi młodsi bracia. Wciąż nie rozumiem, dlaczego oni też, ale nie chcę, by ich bił.
Nagle zrobiło się bardzo cicho. Ta cisza jakby żyła własnym życiem. Wypełniała cała moją świadomość. A potem krzyk mojej matki wdarł się w moją głowę, wypełniając ją nagłym, nieznośnym bólem. Po chwili doszłam do siebie. Zbiegłam zobaczyć, co się stało. To, co zobaczyłam mnie przeraziło. Stałam sparaliżowana, nie mogąc się ruszyć. Z daleka jakbym słyszała błagalny ton mojej mamy leżącej na ziemi. Podłoga była cała we krwi. Powoli poszłam w kierunku rodziców. Ojciec leżał na brzuchu. Nie poruszał się. Wiedziałam już, że nie żyje.
Zdjęłam jego ciało z zszokowanej matki. Cały czas płakała. Musiałam sprzątnąć zanim wstaną moi bracia. Chociaż sądząc po tym, jaki hałas narobili rodzice, to chłopcy pewnością nie spali. Na szczęście siedzieli w swoim pokoju.
Właściwie nie mam pojęcia, skąd znalazłam w sobie siłę, by działać. Nie wpadłam wtedy w panikę, chociaż byłam tego bliska. Wszystkie uczucia schowałam do szuflady i zamknęłam na klucz. Ale klucza nie wyrzuciłam. Nie umiałam. Byłam i nadal jestem zbyt słaba, by mieć w sobie dość siły potrzebnej do zapomnienia, do wymazania wspomnień. Ale czy to źle? Po prostu nie potrafię być aż tak okrutna.
Pomogłam mamie umyć się z krwi. Sama zwinęłam ciało ojca w dywan i wyniosłam za dom, ciągnąc po ziemi, w stronę lasu. Tam wykopałam dół, w którym go pochowałam. Warstwa śniegu była cienka. Wiedziałam, że zaczyna padać coraz bardziej. Nikt nie znajdzie żadnych śladów. W prawdzie nikt tędy nie chodził. Tylko ojciec, gdy potrzebne było drewno z lasu. Miałam nadzieję, że przynajmniej miejsce pochówku mu się spodobało. Jednak nieruchoma, blada, umazana krwią twarz nie wydawała się być z tego powodu szczęśliwa. I wcale się tego nie spodziewałam. Ojciec nigdy nie wyglądał na szczęśliwego. Wróciłam do domu i zmyłam krew z siebie, podłogi i szafek.
Przed oczami nadal miałam martwe spojrzenie ojca. Mojego ojca. Nigdy nie nazwałam go tatą. Zbyt dużo było okrucieństwa w jego sposobie wychowania. Bałam się go. Ale mimo wszystko był moim rodzicem. Kochać czy nienawidzić? Ciężko mi znaleźć granicę między tymi uczuciami.
On z pewnością nawet jej nie szukał.
Kiedy Azriel i Jonatan wstali, a przynajmniej wyszli z pokoju, powiedziałam im, że ojciec wyjechał. Nie pytali o nic więcej. Byłam pewna, że wiedzą, co się stało.
Po pół roku od tego wypadku mama poznała pewnego mężczyznę. Też się czasami kłócili. Wtedy wracało wspomnienie październikowego koszmaru, męczącego mnie niczym nie mijająca czkawka. Często śnił mi się ojciec. Jak wchodzi przez drzwi do pokoju matki. W ręku trzyma nóż. Zawsze ten sam, ten z szuflady po prawej stronie w kuchni. Potem zbliża się, by ją zabić. Wtedy śmieje się głośno znad ciała żony. Ale to nie koniec. Potem idzie znaleźć Azriela i Jonatana. Na końcu przychodzi do mnie. W ręku trzyma odcięte głowy całej rodziny. Wtedy budzę się z krzykiem, cała spocona, macając ręką swoją szyję.
Lęk. I chore przerażenie. Nawet w słoneczny dzień na wspomnienie takiego snu, przechodzą mnie ciarki. Jego duch mnie nawiedza? Czy to po prostu moja wyobraźnia? Zdrowie psychiczne w stanie rozkładu?
Chociaż teraz minęło od śmierci ojca parę lat ja wciąż, siedząc na kamieniu nad morzem, nie mogę zapomnieć.
– Mamo, postanowiłam wyjechać. – Powiedziałam pewnego wieczoru na schodach do ogrodu. – Ciągle mi się przypomina tamten dzień. To koszmar. Siedzę tu na wsi przez całe życie, nie pamiętam, kiedy ostatni raz stąd wyjechałam – spojrzenie mamy starało się ukryć odpowiedz, którą obie znałyśmy. Nigdy.
Ze łzami w oczach zgodziła się. Właściwie to jej sprzeciw nie byłby w stanie mnie zatrzymać.
Zapakowałam się, wzięłam pieniądze, coś do jedzenia i ruszyłam na koniu drogą prowadzącą do miasta. Miasto było dwa dni drogi na wschód. Nareszcie poczułam się wolna. Ale wiedziałam, że to nie odeszło do końca.
Poczucie wolności było powierzchowne. Jednak po tak długim okresie psychicznych męczarni, stało się antidotum na ból, który mnie zżerał od wewnątrz.
Spałam na łące pod gołym niebem. Oglądałam gwiazdy. Lubiłam wpatrywać się w gwiazdy. Są takie niepozorne. Wydają się malutkie i bliskie, a naprawdę są wielkie i dalekie. Jak ludzkie życie.
Zasnęłam. Tej nocy nie śnił mi się ojciec. Tej nocy nic mi się nie śniło.
Jadąc drogą następnego dnia, po skromnym posiłku, zobaczyłam ciało martwego wieśniaka. W wyobraźni utworzył mi się odraz jeźdźców atakujących bezbronnego człowieka. Jest tu bardzo niebezpiecznie, pomyślałam sobie. Do miasta dotarłam jednak bez przeszkód. Nocleg znalazłam u starszej, miłej kobiety. Można powiedzieć, że miałam dużo szczęścia. Następnego ranka poszłam poszukać pracy. To, co zobaczyłam na ulicach było piękne, a zarazem okrutne. Chodząc po zatłoczonych ulicach spotykałam bogato strojone damy, wystawnie ubranych kupców oraz biedaków. Zawiniętych w stare szmaty. Błądzących jak cienie. Ich oczy patrzyły pusto na świat wokół, jakby go nie dostrzegały. Umysły pogrążone w swoim własnym smutku i cierpieniu. Umysły tak bardzo przypominające mi mnie samą.
Doszłam do wniosku, że to, co się stało kilka lat wcześniej, to nic takiego w porównaniu z tym, co dzieje się tutaj na ulicach. Co jest codziennością.
Nie znalazłam żadnej pracy. Nikt nie potrzebował głupiej wieśniaczki. I chociaż byłam silna i zwinna, nie potrafiłam liczyć, czytać czy pisać. Robótki ręczne nigdy mi nie wychodziły. Pieniądze powoli zaczynały się kończyć. Zaczęłam żyć z kradzieży. W tym mieście było tak, że ty widzisz wszystkich, ale nikt nie widzi ciebie. To znacznie ułatwiało sprawę. Po pewnym czasie znałam miasto lepiej niż każdy przeciętny mieszkaniec. Moja przeszłość przestała mi tak bardzo przeszkadzać, bo ważniejsza była teraźniejszość.
Wszystko było poukładane, może nie idealnie, ale za to jakoś. Planowałam okraść pewnego zamożnego kupca. Zatrzymał się tu na dłużej. Obserwowałam go przez dłuższy czas. Nie mogłam się doczekać tego dnia, w którym to zrobię. W końcu nadszedł.
Byłam spokojna. Nauczyłam się, że nie można pozwolić emocjom przejąć góry. Nie miałam także skrupułów. To było ważne. Na początku, kiedy żałowałam swoich ofiar, często wpadałam. Odgrywałam wtedy dramat. I kończyło się na bluzgach pod moim adresem z ostrą prośbą o natychmiastowe odejście.
Gotowa ruszyłam uliczką w kierunku domu tego mężczyzny, mojej ofiary. Było ciemno, weszłam przez frontowe drzwi, wiedziałam gdzie, co stoi i to, że mam prawie dwadzieścia minut. Kupiec był w karczmie na końcu ulicy. Wszystko szło zgodnie z planem. Byłam w środku, brałam tylko najbardziej wartościowe rzeczy. Rozległ się dźwięk otwieranych drzwi. Czyżby już wrócił? Tak szybko? Ukryłam się cicho w cieniu w kącie pokoju. Słyszałam zbliżające się kroki. Jakaś postać weszła do pokoju. Zobaczyłam ją w blasku księżyca padającym przez otwarte okno. To nie był kupiec. Kamień spadł mi z serca. Wiedziałam, kto to był. Nie znałam go, ale wiedziałam, że przyszedł z tego samego powodu, co ja.
– Byłam pierwsza. Idź sobie. – Powiedział cicho do nieznajomego.
Postać drgnęła lekko, po czym odwróciła się w moją stronę.
– On jest bogaty. Starczy też dla mnie. – Odpowiedział szeptem.
– Więc bierz. – Wyłoniłam się z cienia, podchodząc do niego bliżej i wtedy zobaczyłam jego twarz. Nie był dużo starszy ode mnie. Zdziwiło mnie to, bo większe napady planują raczej starsi od niego. Staliśmy w milczeniu przez pewien czas.
– Kiedy skończysz i wyjdziesz ja wezmę to, co zostanie – powiedział chłopak.
– Nie zdążysz. – Otworzyły się drzwi, a ja wyskoczyłam przez okno na daszek. Do pokoju wszedł kupiec. Chłopak szybko poszedł w moje ślady i zanim pijany mężczyzna zrozumiał, co się stało, nas nie było w pokoju.
Biegłam dachem, ile miałam sił w nogach. Ciągle słyszałam za sobą tego chłopaka. Nie wiedziałam czy ucieka czy próbuje mnie dogonić. Zatrzymałam się i ukryłam za kominem, po chwili on był obok mnie.
– Nie zdążyłem przez ciebie. – Syknął z wyrzutem. – Planowałem to od tygodnia.
– No cóż. A ja od miesiąca. Obserwowałam go, to, o której wraca, nawet byłam u niego w domu dwa razy. Planowałam lepiej od ciebie. Ale kiedy cię usłyszałam, to mnie naprawdę zaskoczyłeś.
– Bardzo mi miło z tego powodu, ale i tak nic z tego nie mam – powiedział z żalem. Jego twarz wykrzywiał grymas zawodu.
– Mi wcale miło nie jest.
– Wybacz, jeśli to przeze mnie.
– Wybaczam, ale muszę iść. – Zeskoczyłam w ciemną uliczkę i spokojnie skierowałam się w stronę morza. Wiedziałam, że mnie śledzi, jednak nie chciałam mu niszczyć zabawy. Usiadłam na kamieniu nad przepaścią. Lubiłam patrzeć w morze tak samo jak w niebo. Właściwie to bardziej. Czułam pewną wieź patrząc na pieniącą się wodę. Morze… takie ciężkie do rozgryzienia stworzenie. Dzikie i burzliwe. Bardzo kapryśne. Podobne do uczuć, nad którymi nie mamy żadnej władzy. Starając się je poskromić przez te wszystkie lata, miałam wrażenie, jakbym chciała zamknąć ocean w butelce. I ona zawsze pęka, a odłamki szkła wbijają się w serce i ranią jeszcze bardziej.
Czekałam, aż chłopak wyjdzie. Nadal studiowałam w umyśle istotę uderzających o klif fal.
Nie wychodził. Zirytowało mnie to trochę.
– Możesz wyjść. Wiem, że tu jesteś. – Nie wytrzymałam.
– Bystra jesteś. – Powiedział i usiadł obok mnie.
Zaczęło wschodzić słońce, robiło się coraz jaśniej. Żółte promienie ślizgały się po powierzchni morza. Widziałam go teraz wyraźniej, nie różnił się ode mnie prawie niczym.
Był brudny, na boso, ubrany w starą koszulę i spodnie.
Był chudy. I wcale brzydki, ale to spostrzeżenie mogło być mylące. Gdy ostatnim razem oglądałam się w szybie któregoś ze sklepów, także uznałam, że wyglądam jak potwór. A przecież kiedyś byłam całkiem ładna. Synowie sąsiadów za mną ganiali. Przepełniona niepojętym dla nich bólem, nie dałam żadnemu szansy.
Ile to razy widzi się brzydkie dziewuchy ubrane niczym księżniczki czy też na odwrót? Chłopiec mógłby być księciem na białym rumaku, jakby tak dłużej pogdybać. A ja królewną w wieży. Iście zabawne są niektóre marzenia.
Nie wiedziałam, co powiedzieć chłopcu siedzącemu obok mnie. „Dzień dobry! Jak miło cię znowu widzieć!”? Nie, nie. Ja nie powiem żadnego banału.
– Po co mnie śledziłeś? – Zapytałam.
– Bo chcę ciebie poznać. Całe życie spędziłem w tym mieście i cię nie spotkałem. – Coś we mnie zgrzytnęło. No tak, banały.
– Może dlatego, że ja całego życia tu nie spędziłam?
– Możliwe – odparł. Po chwili zapytał, – więc co robiłaś przez całe życie?
– Nie mogłam zapomnieć – odpowiedziałam po chwili namysłu znowu oglądając widok przede mną.
– Czego?
I zaczęliśmy rozmawiać jakbyśmy znali się przez całe życie. Ja opowiedziałam mu historię mojego życia, a on swojego. Miał czwórkę rodzeństwa, którym musiał się zajmować, bo jego matka była chora.
– Wiesz o tej wojnie, co się zbliża? – Zapytał mnie.
– Tak.
– Co o niej myślisz?
– Nic.
– Masz ładne oczy – to mnie zatkało. Nigdy w życiu nie usłyszałam żadnego komplementu. Od nikogo. To był całkiem przyjemny banał. – Kiedy tak patrzysz w nicość. Dobrze się czujesz?
– Co? Tak, dobrze. Nie patrzę w nicość.
– Więc co w patrzysz?
– W morze. Wiesz, tak sobie przed chwilą pomyślałam, że masz bardzo ciężką sytuację w domu.
– Ty przeżyłaś w swoim życiu koszmar.
– No tak. Ale myślę, że nie ma sensu go dłużej ciągnąć. Życie wszystkich ludzi to koszmar. Proszę, weź to – wyciągnęłam wszystko, co ukradłam w domu kupca. – Potrzebujesz bardziej niż ja.
– O czym ty mówisz? – chłopak zmarszczył brwi, był zmieszany. Nie rozumiał mojego zachowania.
Lecz było za późno. Już stałam na krawędzi przepaści i patrzyłam w dół na uderzające fale.
Decyzję podjęłam już dawno temu. To było chyba wtedy, gdy postanowiłam wyjechać, zacząć życie od nowa. Oj, nie! Wiedziałam przecież, że to by nie wyszło, wydałam na siebie wyrok już wcześniej. Nie podczas ślicznego wschodu słońca nad morzem. Cały czas czekałam, by coś się stało. Coś, co mnie uwolni od natrętnego ciężaru wspomnień.
– Nie ruszaj się. Nie zrobisz tego, prawda? – stałam do niego tyłem, ale wiedziałam patrzy na mnie z przerażeniem.
– Mi też kiedyś zależało. Aż znalazłam się w tym mieście. Tu zrozumiałam, że innym może zależeć bardziej. Albo wcale. Tak jak tobie. Ale nie na mnie ci zależy. Mówisz tak, bo myślisz, że jestem do ciebie podobna i interesująca? Nie jestem. Wszystko, co miałam interesującego już dawno ode mnie odeszło. I jeżeli ci naprawdę zależy na swoim życiu, to przyjmij te pieniądze i nie żałuj mnie… Bo mi na moim życiu nie zależało nigdy.
Wtedy skoczyłam w dół. Wszystko wokół wirowało. Wiatr i morze. Chłodna bryza pieściła moje ciało, otulając je, jak matka swoje dziecko.
Czy to był koniec? Tak wyglądają zakończenia?

czwartek, listopada 20

Część pierwsza

I

Niezwykła melodia, niesiona podmuchem wiatru, splatała się ze śpiewem ptaków. Grana na drewnianym flecie, bawiła się wśród koron drzew. Młoda dziewczyna jadąca na gniadym koniu razem z trójką towarzyszy, przestała grać, wkładając instrument za pasek.
– Nie przestawaj – szepnął mężczyzna z kruczo-czarnymi włosami, który jechał po lewej stronie dziewczyny. Uniósł głowę i spojrzał na nią swymi, jakby kocimi, żółto-zielonymi oczami. – Lubię słuchać twojej muzyki.
Dziewczyna tylko uroczo się do niego uśmiechnęła i zaprzeczyła ruchem głowy. Miała około szesnastu lat, mimo to była spokojna i opanowana. Rzadko się odzywała. Mężczyzna uznał, że nigdy nie widział jej wściekłej lub podenerwowanej. Miała czarne włosy spięte w wymyślny kok. Krótsze kosmyki spadały na jej opaloną twarz. Ciemne oczy kojarzyły się z dwoma węglami, przysłoniętymi długimi rzęsami. Skórę miała orzechowego koloru, a usta zmysłowo różowe. Jej urodę poprzedzała jednak bijąca od niej silna aura tajemniczości.
– Tak, graj jeszcze – rzekł pewnym siebie głosem młodzieniec jadący po jej prawej stronie. Ruchem głowy odrzucił swoje połyskujące złotem włosy do tyłu i wyprostował się w siodle.
Dziewczyna nawet nie spojrzała w jego stronę. Znała go już wystarczająco długo, by nie zwracać uwagi na takie szczegóły. Chłopak, mimo wszelkich jej starań, irytował ją coraz bardziej. Jechali od kilku dni, a ona, na pozór spokojna, miała ochotę go zabić. Może nie dosłownie, ale to nie zmieniało faktu, że działał jej na nerwy.
Starsza kobieta siedząca po prawej stronie młodzieńca, uniosła swoją pomarszczoną twarz. Obróciła głowę w stronę dziewczyny i wychyliła się lekko do przodu, by móc ją zobaczyć.
– Właśnie, kochaniutka. Graj dalej, albo następnym razem nawet nie zaczynaj. Te melodie są tak urocze, że nie chce się przestać ich słuchać. – Kobieta odwróciła wzrok na ścieżkę. – Czaruj nas tą swoją muzyką, czaruj.
Dziewczyna poderwała głowę i popatrzyła w jakiś widziany tylko przez siebie punkt, daleko przed sobą. Starała się zapanować nad sobą, co zresztą wychodziło jej świetnie. Sama sobie odradzała jakiś wredny komentarz. W myślach warzyła słowa, by nie zabrzmiały niegrzecznie.
– Ile razy, Glendo, mam prosić byś nie zwracała się do mnie per „kochaniutka”? Wiesz, że tego nie cierpię – dziewczyna mówiła cicho, wolno, wyraźnie wypowiadając każde słowo.
– Wybacz, Javiero.
– Mojego imienia się nie odmienia – ucięła rozmowę.
Javier powoli zaczęło wkurzać, że starsza kobieta odmienia chyba wszystko, czego się nie powinno. Jechali w milczeniu, każdy zajęty swymi myślami. Ptaki latające nad ich głowami jakby prosiły się, by dziewczyna zagrała jeszcze raz na swym cudownym flecie. Cisza dłużyła się coraz bardziej. Mężczyzna w czarnych włosach poruszył się lekko w siodle. Javier dostrzegła to kontem oka, przyłapując się na zerkaniu w tamtą stronę. Cedmon, przez te parę dni ich krótkiej znajomości, stawał jej się coraz bliższy. Owszem, był przystojny, ale podobało jej się w nim coś innego. Nie mogła sprecyzować, co to jest. Ale to było. I działało.
Dziewczyna znała mały sekret mężczyzny o kocich oczach. I choć nie był on do końca taki jak ona, to nie odrzucała myśli, że może coś między nimi będzie. Właściwie, jeżeli z Däneasen była całe pięć dni, to z Cedmonem wytrzyma bez wątpienia dziesięć.
Däneas – pomyślała – jak w ogóle doszło do tego, że ci uległam. Nie żałuję tego, że się z tobą przespałam, tylko tego, że dla ciebie to się jeszcze nie skończyło. Bo dla mnie to coś z przeszłości. Taki głupi błąd, który popełniłam. To znaczy tylko tyle, choć wiem, że ty, Däneasie, odebrałeś to zupełnie inaczej. Moją głupotą było, że tego nie przewidziałam, a teraz jeszcze wymusiłam, byś mi towarzyszył w mojej wyprawie.
– Jav, Jav. Proszę, zagraj dla mnie – wyrwał ją z zamyślenia mężczyzna, unosząc głowę i patrząc jej prosto w oczy, uśmiechając się lekko. Javier wyciągnęła swój drewniany, boczny flet i zagrała.
Melodia, którą grała sprawiała, że serce wypełniała sama radość, zajmując miejsce zmartwień i smutków. Muzyka ta była najpiękniejszą, jaką kiedykolwiek słyszało ludzkie ucho. W końcu to Cedmon prosił.

* * *

Młody, przystojny blondyn siedział przy ognisku, patrząc weń pustym, obojętnym wzrokiem. Płomienie tańczyły ze sobą chaotyczny taniec. Chłopiec nie zauważył siadającej przy nim dziewczyny. Dopiero jej głos przywołał go do rzeczywistości.
– Coś nie tak, Däneasie? – zapytała zmartwiona Javier.
– Rzeczywiście. Właśnie sobie wspominam o tym, jak dałem ci się wrobić w całą tą wyprawę.
– Bo jesteś kretynem – powiedziała chłodno. – Pewnym siebie, zepsutym idiotą.
– Wiesz... tak właśnie sobie pomyślałem.
– To urocze, że przynajmniej potrafisz to dostrzec.
– Javier, zlituj się. Przecież kiedyś my…
– Kiedyś, Däneas, kiedyś. Nie zapominaj o tym.
– Jak możesz tak o tym mówić? Jakby tego wcale nie było. Jakby…
– To był błąd. Popełniłam błąd i wybacz mi to. Wybacz, że to ty byłeś tym błędem. Po prostu nie sądziłam, że tak się to skończy. Zwyczajnie się tego po tobie nie spodziewałam.
Javier wstała płynnym ruchem i odeszła od ogniska. To prawda, Däneas był kretynem,
Ale ona, mimo to, zachowała się podle. Zachowała się podle wobec kretyna.
Chłopak został przy ognisku i znowu wpatrywał się na płonące w nim gałęzie. Nie dostrzegał ich. Nadzieja z sekundy na sekundę malała, zastępowana tępym zobojętnieniem. Myśli rozpływały się, gubiły wątki, by po chwili zostawić po sobie nic nie znaczącą pustkę w jego głowie.

* * *

Ktoś zapukał do drzwi. Däneas wstał, by otworzyć i zobaczył piękną, ciemnowłosą dziewczynę. Znał ją bardzo dobrze, tak przynajmniej mu się wydawało.
– Javier, czy ja dobrze widzę, czy tylko mi się to śni.
– Ty ciągle śnisz, Däneas – powiedziała, wchodząc do ciasnego, zagraconego mieszkania. Nie było małe, ale to dawało tylko przestrzeń większej ilości gratów, rupieci i śmieci. Pod ścianą, po prawej, stała spora kanapa, na której zwykł sypiać Däneas, gdy zdarzyło mu się zostać na noc w domu. Wszędzie można było dostrzec książki. Całe mnóstwo książek, butelek z kolorowymi płynami, proszkami i flaszek po miodówce. Jakby tak się zastanowić, to można by dojść do wniosku, że to mieszkanie pijaka, a nie dość popularnego czarodzieja. Chociaż jedno drugiego nie wyklucza. Uśmiechnęła się, pokazując bialutkie zęby, kontrastujące z ciemną cerą. – Miałbyś może czas wyjść ze mną?
– Zawsze – szepnął, szukając w pośpiechu jakiegoś odpowiedniego ubrania na wyjście z domu. Dziewczyna patrzyła krytycznym wzrokiem na burdel w pokoju. Tylko raz tu posprzątał, pomyślała. Gdy zaprosił mnie na randkę do swojego mieszkania. Powinnam czuć się wyjątkowo. Ale Javier ani trochę się tak nie czuła. Bardziej jak idiotka, że do tej randki w ogóle dopuściła. – Chodźmy już.
Patrząc jak się zabiera do wyjścia, sama też już minęła próg i stanęła w blasku zachodzącego słońca. Zmierzchało. Złoto-fioletowe niebo powoli bladło.
To miasto dawało jej poczucie swobody. Mimo to, że po chwili szli ciasną uliczką pełną ludzi, gdzie pojęcie „swoboda” nie wchodziło w rachubę. A była to jedna z bardzo wielu zatłoczonych uliczek tego miasta. Wieczorne powietrze było przesycone zapachem potu kilku tysięcy ludzi. Z każdą minutą robiło się coraz chłodniej i nikt już nie pamiętał o upale, który panował tu w dzień.
– Zimno mi, Däneas. Wejdźmy do karczmy – zaproponowała, otwierając w najbliższe drzwi. – Dwa duże piwa – powiedziała do karczmarza.
– I butelkę rumu – dodał Däneas. Czarnowłosa stłumiła śmiech, którym niemal ogłosiła wszystkim, jakim to naiwnym i głupim jest jej kolega.
Wypili wszystko. Pił głównie Däneas, Javier tylko mu dolewała, popijając swoje piwo. Chłopak kiwał się lekko, po drugiej stronie stołu, patrząc na nią i uśmiechając się do swoich myśli. Dziewczyna znała te jego marzenia i wiedziała, że już tylko marzeniami pozostaną.
– Däneas, stoczymy pojedynek i jeśli wygram, to zrobisz dla mnie, co tylko będę chciała. Co ty na to?
– A jeśli przegrasz? – zapytał podejrzliwym tonem, uśmiechając się coraz to szerzej.
– To, oczywiście, ja spełnię twoje życzenie – powiedziała słodko.
Zgodził się od razu.
Na nic nie czekając, poderwała się błyskawicznie, ciągnąc go na środek sali. Alkohol prawie wcale na nią nie działał. Świetnie o tym wiedziała, bo w chwilach, w których próbowała utopić w nim żal, gdy cały świat spadał jej na głowę, musiała wydać często wszystkie swoje pieniądze. A gdy się kończyły, żal potęgował się sam przez się i stawał się tak ogromny, że znajomy karczmarz, dawał jej na krechę, wątpliwego pochodzenia nalewkę. Wiedział, że jest jedną z niewielu, którzy po wypiciu jej, przeżyją.
Jak na złość, Däneas nie wiedział o mocnej głowie swojej byłej. Jedyne co wiedział w tej chwili to, to że mierzyła w niego swoim mieczem.
Walczyli dłużej niż się Javier spodziewała, jednak, mimo wszystko, wygrana przyszła jej zadziwiająco łatwo. Za łatwo, pomyślała ze smutkiem. Ostatni raz kopnęła chłopaka, aż się zatoczył na jeden ze stołów. Końcem miecza dotknęła jego gardła.
– Wygrałam – oznajmiła ledwo trzymającemu się na nogach chłopakowi. – Teraz musisz spełnić moją prośbę.
– Chcesz całusa czy może coś więcej? – wybełkotał uśmiechając się lubieżnie.
– Coś więcej, Däneas, dużo więcej. I z pewnością nic, co mogłoby ci się podobać. Wyruszysz ze mną w podróż i pomożesz mi odnaleźć siostrę. Zgoda?
– A ładna ona chociaż?
– A jak myślisz? Śliczna! Więc zgadzasz się?
– Tak. Dla ciebie wszystko.
– Dobrze. – Obdarzyła go jednym z tych swoich uśmiechów, którymi potrafiła zachwycić każdego, i które nie były dla nikogo, a już na pewno nie dla niego.
Charakteru łatwego pewnie nie ma, pomyślała o swojej siostrze. Biedny Däneas.


* * *

Cedmon siedział razem z Javier na chłodnej ziemi, w lesie, daleko od ogniska. W skupieniu słuchał tego, co mu mówiła. W końcu jednak emocje wybuchły w niej, niczym przez lata gromadzony przez szaleńca proch, który mała iskra może wysadzić. Zaczęła płakać, chowając swoją twarz w dłoniach. W końcu jednak przylgnęła do mężczyzny i płakała długo, aż łzy nie chciały już lecieć, a ciało przestało się trząść przeszywane kolejnymi atakami płaczu.
– Musiałam ci powiedzieć – szepnęła – teraz myślisz, że jestem podłą egoistką.
Pogłaskał ją po plecach, delikatnie, by nie spłoszyć jak dzikiego zwierza. Przemówił spokojnym, cichym i jakże kojącym dla jej rozbitego serca tonem. Szeptał w zasłonięte przez włosy ucho.
– Jav, nie zadręczaj się. Inaczej nie znajdziesz siostry. Potrzebujesz Däneasa, bo jest czarodziejem.
– Wiem.
– Nie pomyślałaś nigdy, że to, co do niego czułaś – mówił powoli – było wywołane przez magię?
Dziewczyna poderwała głowę, jej smutek został schowany za zasłoną wściekłości. Spojrzała w zielono-żółte oczy Cedmona, zdające się wszystko widzieć w ciemności. Zmrużyła swoje.
– Rzeczywiście – powiedziała na pozór spokojnie. – Zabiję sukinsyna! – wrzasnęła, chcąc wstać i go szukać. Jednak Cedmon trzymał ją mocno, nie dając na to szansy. Jeszcze chwilę próbowała z nim walczyć, by ją puścił. Potem przeszła na otwartą walkę, bijąc go i klnąc, że gdyby miała swój miecz, to by rozsiekała nie tylko Däneasa, ale i wszystkich innych.
Siła z jaką trzymał ją mężczyzna, nie ustąpiła nawet na chwilę, więc Javier przeszła do ostatniej taktyki i przestała się szarpać, by po chwili, gdy straci czujność, móc mu uciec. Klęła i przeklinała go, gdy na to też był przygotowany. W końcu zmęczona wtuliła się w jego pierś i nuciła jakąś melodyjkę.
– Jaka jest twoja siostra? – zapytał, by zająć myśli dziewczyny, szykującej się do kolejnej, ostatniej, próby ucieczki. – Jak wygląda?
– Tak jak ja. Dokładnie tak samo. Jesteśmy bliźniaczkami. Pewnie by ci się spodobała.
Błądził wzrokiem po jej twarzy. Leżała na nim, wciąż w jego pewnym choć już znacznie luźniejszym uścisku. Jego oczy zatrzymały się na czarnych oczach dziewczyny. Uśmiechnął się lekko. Mogła tego nie zauważyć, on jednak widział każdy skurcz mięśni na jej twarzy.
– Jak ty. To bez wątpienia. A charakter?
– Nie mam pojęcia.
– Więc ty mi starczysz. Nie mam tylu rąk, by was trzymać, jak obie wpadniecie w histerię.
Javier zaczęła się śmiać i chcąc wstać, dała mu do zrozumienia by ją puścił. A puścił od razu, bo wiedział, że tym razem nie chce uciec. Położyła się obok, kładąc głowę na jego ramieniu i szukając w ciemności jego dłoni. Gdy ją znalazła, ścisnęła mocno. Chciała biec szukać Däneasa, ale zepsułaby tą chwilę. A miała już dosyć niszczenia tych krótkich momentów szczęścia w swoim życiu.

* * *

Javier szła przez las. Nagle usłyszała jakiś szelest. Rozejrzała się w około i dostrzegła w krzakach jakiś ciemny kształt. Duże, czarne zwierze, leżało kilka kroków od niej. Powoli ruszyła w tamtą stronę. Na porośniętym mchem podłożu leżała wielka puma. Nie próbowała atakować. Dziewczyna zauważyła, że kot jest ranny.
– Spokojnie – szepnęła, powoli się zbliżając. – Pomogę ci.
Podeszła cicho do zwierzęcia, które bystrymi zielono-żółtymi oczami, śledziło każdy jej ruch. Będąc przy pumie, uklęknęła i wolno przesunęła rękę w jej stronę. Nagle coś się zmieniło. Powietrze zaczęło drgać, a na mchu przed nią puma zmieniła się w mężczyznę o kruczoczarnych włosach i świecących kocich oczach. Uśmiechał się bezczelnie.
– Bu! – warknął. Javier serce podskoczyło do gardła.
– Bardzo śmieszne – rzekła, wstając i zbierając się do odejścia.
– Opatrzysz mi rękę? Sam lewą nie mogę. Próbowałem.
– Zmień się w pająka to będziesz miał więcej rąk! – syknęła wściekła.
– Nie umiem. Choć nigdy nie próbowałem. Nie chcę być pająkiem.
Dziewczyna westchnęła. Pomóc zwierzęciu czy pomóc mężczyźnie – co za różnica? Prawie żadnej. Rozejrzała się szukając odpowiedniego patyka. Znalazła go i położyła przed sobą. Potem oderwała trochę materiału z nogawki spodni.
– Odkupisz mi spodnie – mruknęła. – Trzeba nastawić? – spytała trochę głośniej.
– Gdyby nie trzeba było, złociutka, to bym o pomoc nie prosił – powiedział. – Takiej ładnej dziewczynie to mogę sukienkę, co najwyżej kupić. – Kolejny bezczelny uśmieszek.
– Będzie bolało, kiciu – uprzedziła, biorąc się za nastawianie ręki. Mężczyzna skrzywił się. Był pewny, że mogłaby to zrobić delikatniej, tylko nie chciała. Nie winił jej za to. Usztywniła kijkiem rękę i zawiązała materiałem ze swoich spodni.
– Proszę, gotowe – oznajmiła, kończąc swą pracę. – I jak?
– Może być. Dziękuję. Jestem ci teraz coś winien. Masz może jakieś życzenie lub prośbę. Naprawdę mogę ci kupić sukienkę.
– Nie mam. – Zastanowiła się chwilę. – Chociaż, gdybyś miał trochę czasu, to mógłbyś mi pomóc.
– W czym?
– W odnalezieniu siostry. Zgadzasz się?
Mężczyzna uśmiechnął się do niej, już nie bezczelnie, miło nawet.
– Przysługa za przysługę.


* * *

– Z tobą było zupełnie inaczej, Ced – powiedziała dziewczyna, nie patrząc na niego, tylko w jakiś odległy punkt. – Sam się zgodziłeś, nie musiałam cię upijać i podstępem skłaniać do tej głupiej wyprawy.
– Jav, proszę, przestań już.
– Nie umiem. Däneas musiał wziąć ze sobą swoją matkę, bo sama by sobie nie poradziła w Tarkloss. Jeżeli jej się coś stanie to, to będzie moja wina, rozumiesz, moja. Ced, dlaczego ja w ogóle szukam swojej siostry? Namów mnie żebym zrezygnowała z tego pomysłu. Proszę cię, Cedmon.
– Jav. Zamilknij, już nic nie mów.
– Jestem idiotką.
– Nie prawda.
– Jesteś kochany, co ja bym bez ciebie zrobiła?
– Nie wiem.
– Nic, nic bym nie zrobiła. Naprawdę nic. Dziękuję, że przy mnie jesteś.
– Proszę.
– Ced, ja nawet nie wiem gdzie ona jest.
– To nieważne. Już cicho.
– Mhm.

* * *

Owen szedł szybkim krokiem przez ciemny korytarz z pochodnią w jednej ręce i łańcuchem w drugiej. Na łańcuchu prowadził dwie dziewczyny i dwóch chłopców. Szli cichym tunelem. Dało się słyszeć tylko uderzające o siebie łańcuchy i odgłos ich kroków.
W końcu dotarli do celu, pod ogromne czarne drzwi. Chłopak zapukał trzy razy, poczym od razu pchnął ciężkie drzwi.
– Panie… – skłonił głowę, wzrokiem badając idealnie gładkie kamienne płyty, z których składała się podłoga. – Przyprowadziłem ich.
– Dobrze. Teraz zaprowadź ich, wiesz zresztą gdzie, niech się rozbiorą.
Chłopak uniósł głowę i spełnił polecenie. Dobrze wiedział, co ma robić. Zaprowadził niewolników pod ścianę na drugim końcu wielkiej Sali. Ustawił ich w równych odstępach na namalowanych polach. Zdarł z nich szmaty, w których spędzili ostatnie kilka miesięcy w lochach tego zamczyska. Potem odszedł na bok, stając z pochyloną głową i starając się nie patrzeć.
Czarnoksiężnik Faust zatarł ręce i podszedł do stołu, na którym leżały różnorakie narzędzia tortur. Wziął do ręki skórzany bicz i chlasnął nim najbliżej stojącą dziewczynę. Krzyknęła i zaczęła płakać. Powtórzył to jeszcze kilka razy, aż nie popłynęła jej z ran na plecach krew. Przy kolejnych swoich niewolnikach zrobiła to samo, nie oszczędzając żadnego. Gdy skończył, rzucił bicz na podłogę. Owen szybko zabrał zabawkę, odkładając ją na miejsce.
Faust odszedł na wyznaczoną kreską odległość. Potarł ręce tworząc błękitną kulę. Strzelił energią w niewolników, stojących tyłem do niego. W każdego z osobna. Wszyscy padli nieruchomo na ziemię.
– Znowu się nie udało, mój panie. – skomentował Owen, za późno gryząc się w język.
– Zamilcz! – skarcił go czarnoksiężnik, dostrzegając swoim wyczulonym na magię wzrokiem, trzy białe dymki wylatujące z martwych ciał. – Ona – wskazał rudą dziewczynę. – Ona żyje. Nareszcie znalazłem kogoś dość silnego, by przeżył moje zaklęcie. Zabierz ją do jednej z komnat i opatrz rany, a resztę spal.
– Tak jest, mój władco!
Owen spełnił polecenie. Bardzo nie lubił tego co robi. Nienawidził się za to. Jednak bardziej nienawidził Fausta, gdyż on był przyczyną całej tej nienawiści. Ta nienawiść wypełniała cały umysł chłopca.
Kiedyś, kiedy Faust był dobrym czarodziejem, Owen przysiągł mu służyć na dobre i na złe. Jednak nie o takie zło mu wtedy chodziło.
Ale przysięga, to przysięga.

* * *

Jechali wąską dróżką przez las. Zapasy jedzenia kurczyły się w niemiłosiernie szybkim tempie.
Słońce zniknęło gdzieś za drzewami. Już zachodziło. Wieczór był coraz bliżej. Javier zatrzymała konia na małej polance.
– Tu przenocujemy – oznajmiła. – Cedmon, pomóż mi nazbierać drewno na ognisko. I trzeba będzie coś upolować. – Puściła oczko do zsiadającego mężczyzny.
Javier oddaliła się Cedmonem w stronę lasu. A Däneas wściekły zeskoczył z konia.
– Matko, dlaczego ona wszędzie musi z nim chodzić?! Nie zniosę już tego dłużej.
– Uspokój się, Däneas – powiedziała chłodno Glenda. – Mam coś dla ciebie… – przeszukała swoje juki, aż w końcu wyciągnęła butelkę wina.
– skąd wiedziałaś, że chce mi się pić?
– To nie dla ciebie! Daj to Javierii, a z tobą będzie ciągle chodzić, zapominając o tym podejrzanym mężczyźnie.
– Eliksir? Mamo, to chyba… niewłaściwe. Zresztą już próbowałem magią.
Starsza kobieta wcisnęła mu butelkę do ręki.
– Cała to wasza męska magia, nie może się równać ze starą magią kobiet, mającą początek bardzo dawno temu. Zrób z tym co uznasz za stosowne. Tylko pamiętaj, że pijąc to musicie być sam na sam, albowiem…
– Wiem, wiem. Nie tłumacz. To ja jestem czarodziejem w rodzinie, ty jesteś tylko zielarką.
Glenda uniosła jedną brew, patrząc chłodno na syna.
– …Zielarką, mamo.

* * *

– Pamiętasz, Zeynepko, moja droga, jak spotkałem cię na drodze? Nigdy nie zapomnę tamtego dnia. Jakby Bóg mi anioła zesłał. Od tamtego czasu jesteś dla mnie wszystkim, absolutnie wszystkim, kochana…
Zeynep przytakiwała siwemu czarnoksiężnikowi, słuchając go jednym uchem. Stary wciąż gada i gada. Kiedy się w końcu zamknie?! Niedługo. Uspokajała się, wytrzymasz.
– Proszę?
– Pytam, ile to już czasu jesteśmy razem?
– Prawie trzy i pół roku, Gildasie. Jak ten czas szybko płynie…
– Tak, to prawda. Chcesz, opowiem ci o tym jak kiedyś zabiłem smoka. Widziałaś skórę na ścianie. To było deszczowego dnia. Szedłem…
Zeynep ziewnęła.
– Jestem zmęczona. Jutro mi opowiesz tę historię – poprosiła.
– Oczywiście, złociutka. I trzeba obmyślić plan jak… jak zawładnąć Miastem w Niebie.
– Ja pomyślę. Ty się połóż spać. – Tak łatwo nim manipulować, pomyślała.
– Dobranoc, Zeynepko.

* * *

Młoda dziewczyna usłyszała cichy stukot, potem ktoś przysunął jej do ust naczynie z wodą. Dziewczyna miała zamknięte oczy i wcale nie chciała ich otwierać. Napój wylał się cieknąc jej brodzie.
– Pij – usłyszała spokojny, cierpliwy głos. – Pij.
Dziewczyna otworzyła oczy i ujrzała blond chłopaka z granatowymi oczami. Chciała usiąść lecz ból zranionych pleców rozszedł się na całe ciało. Jęknęła. Chłopak zabrał kubek, kładąc go na stoliku.
– Żyję? – zapytała głosem pełnym udręki, oszołomienia i szczerego zdziwienia.
– Żyjesz. Zjedz tej papki, jak się obudziłaś.
– Nie chcę.
– Zjedz, bo potem możesz nie dostać. Wiem, co mówię i dobrze ci radzę.
Dziewczyna wykrzywiła usta w uśmiechu i spróbowała papki. Prawie się zakrztusiła. Zdecydowanie odstawiła miskę na bok.
– Ohyda.
– To jedyne jedzenie jakie możesz dostać, więc nie wybrzydzaj – powiedział Owen, podając jej kubek z wodą. – Przynajmniej pij.
Piła, więc wodę. Potem zasnęła.

środa, listopada 19

księżniczka Eithlienn

Słońce grzało nadzwyczaj bezlitośnie. Było co najmniej gorąco, jeśli nie rzec, że upalnie. Na szczęście w cieniu wysokich drzew temperatura spadała o kilka stopni. Wąską dróżką prowadzącą przez dziewiczy las, jechała kompania. Wcześniej jednak ten szlak nie był przez nikogo używany.
Wóz prowadził rudy krasnolud ubrany w ciemnozielony strój. Obok na gniadym koniu jechał przystojny młodzieniec, właściwie to jeszcze chłopak. Tuż przy nim starszy od niego mężczyzna. W wozie siedziało trzech krasnoludów i dwa elfy.
Nie zważając na upał, kompania śpiewała głośno i radośnie. Nikt jednak nie mógłby ich usłyszeć, bo było to całkowite odludzie.
Przemierzali las dosyć szybko. Po niedługim czasie dojechali do drogi głównej. Przynajmniej tak myśleli.
Droga ta, owszem prowadziła do głównej, jednak nieco na około. Jechali mimo to, w swojej niewiedzy, radując się pięknym dniem.
– Widzę wieżę! – wykrzyknął chłopiec. – Tam! Widzisz?
– No tak, rzeczywiście. Niesamowite. Jesteś pewien?
– Pewnie. Ale wcześniej jej nie widziałem, a teraz nagle się pojawiła. – Umilkł na chwilę. – Myślisz, że to normalne, bo wydaje mi się, że chyba nie.
– Nie? Co jest nienormalnego w pojawianiu się wież? – zapytał sarkastycznym tonem mężczyzna jadący obok. Nie mógł już znieść towarzystwa tego chłopaka.
– Hmm... no... nie było jej tam wcześniej...
– Była tam. – Rzekł stanowczo starszy towarzysz.
– Nie było – upierał się pewny siebie młodzieniec.
– To, że jej nie widziałeś nie oznacza, że nie mogło jej tam być.
– Więc w końcu co z tą wieżą?
– Nic.
Jechali w milczeniu całkiem długą chwilę. Reszta kompanii śpiewała stare piosenki, zostając w tyle.
– Ale jak to nic? – Nie wytrzymał chłopak.
– Ano tak to. Po prostu zdjąłem z tej wieży zaklęcie, a poza tym nic.
Chłopak jechał nic nie mówiąc. Usiłował się skupić, by móc pomyśleć. Olśnienie spadło na niego jak grom z jasnego nieba. Chociaż pewnie grom w środku słonecznego dnia byłby mniej zaskakujący niż to, że młodzieńcowi powiodła się trudna sztuka myślenia.
– Wiesz, ja tak sobie myślę i doszedłem do wniosku, że w takiej wieży zdecydowanie jest królewna.
– Co jeszcze wymyśliłeś? – czarodziej, bo nim właśnie był ów mężczyzna, wiedział, że to nie koniec ograniczonych pomysłów kompana.
– Musimy ją uwolnić!
– Doprawdy? Jesteś głupszy niż podeszwa lewego buta. Zastanów się, więc znowu. Odległy las, samotna wieża ukryta za pomocą magii. W środku królewna, i co? Nikt by nie trafił do takiej wieży bez powodu, wierz mi.
– Przecież nie znamy powodu.
– No właśnie. – Skwitował czarodziej.
Krasnolud dogonił chłopaka i czarodzieja zaniepokojony ich niekoniecznie cichą rozmową.
– Co jest?
– Binyamin ma zamiar ratować królewnę.
– Niech się chłopak... co? Jaką znowu królewnę?
Dopiero wtedy zobaczył sięgającą chmur, białą wieżę.
– No, no. To powodzenia ci życzę, bo nie wydaje mi się to zbyt bezpiecznym pomysłem. Jednak pamiętaj: liczy się efekt, nie chęci, a z tym, bez urazy, możesz mieć niejaki kłopot.
Dojechali do wieży. Była niewyobrażalnie wysoka i całkiem nowa. Ta nowość aż kuła w oczy. Nie miała drzwi.
– Hej!!! Tam na dole, słyszycie mnie?!?!
– Taaak!!! – krzyknął Binyamin.
– To świetnie, pomóżcie mi się stąd wydostać!
– Oczywiście, niestety musisz jeszcze trochę poczekać, bo nie bardzo wiemy jak to zrobić!
– Nie słyszę! – Królewna wychyliła się by lepiej słyszeć.
– Poczekaj trochę!!!
– Co? – Dziewczyna wychyliła się jeszcze, w celu uzyskania lepszej jakości dźwięku. Jednak ciut za bardzo, gdyż właśnie spadała w dół. Była maleńką czerwoną plamką, powiększającą się powoli.
– No i problem z głowy.
– Aż szkoda dziewczyny.
– Wymyślmy coś! Szybko – domagał się chłopak od czarodzieja. Królewna w dalszym ciągu spadała. – Jest potrzebne coś, co złagodzi upadek. To może jej dać szansę na przeżycie.
– Wątpię – oznajmił krasnolud. – Ona pewnie już nie żyje, ze strachu.
ŁUUUUP!!! Królewna w końcu spadła.
– No dobra koniec widowiska. Jedziemy dalej, co?
– Może chociaż ją pochować.
– Chyba nic nie złamałam. – Oświadczyła królewna.
– Wiecie, dziwne, ale tak jakbym słyszał głos tej dziewki – powiedział jeden z krasnoludów.
Binyamin już wracał z czerwonowłosą dziewczyną na rękach. Miała na sobie bogato zdobioną czerwoną suknię.
– Witam. To miłe, że przejeżdżaliście.
Prawie wszystkich odrobinę zatkało, ale nie czarodzieja, on stanowił wyjątek.
– Macie może coś do picia? Po co ja się pytam. To jasne, że macie. – Zaśmiała się jakby to był dobry żart. – Postaw mnie.
Chłopak nie bez wahania spełnił prośbę.
– No, co się tak gapicie? – Królewna wzruszyła ramionami i przeszła obok nich. Czarodziej jako jedyny szybko myślący, pojął, w czym rzecz.
– Nie powinnaś była przeżyć takiego upadku. – Nic nie mówił, że użył zaklęcia zmniejszającego siłę uderzenia, jednak nie sądził, że pomoże. Wcale w to nie wierzył.
– No pewnie, że nie. Przecież widać, jaka ta wieża wysoka. Spada się naprawdę długo.
– Ale ty żyjesz. – Oznajmił jej dość chłodno.
– To chyba logiczne. Stoję tu i rozmawiam z tobą. Tak się przecież martwy nie zachowuje, nie?
Krasnoludy weszły już na wóz, elfy też, ale do tyłu. Wóz był dwoma wozami złączonymi razem. Czarodziej wszedł na swojego wierzchowca. Chłopak zostawił jej swojego konia i poszedł do reszty kompanii na wóz. Dziewczyna weszła na wolnego konia i pojechała na przód. Po chwili dogonił ją czarodziej.
– Kim ty jesteś? – zapytał wprost.
– Kim? A myślisz, że kim mogę być, co? Królewną, którą uratowałeś.
– Nie. Wcale cię nie uratowałem. Ty sama wypadłaś z tej wieży.
– Nie o tym mówię. Chodzi mi o to, że zdjąłeś czar z wieży. Uwolniłeś mnie w ten sposób. – Dziewczyna uśmiechnęła się naprawdę słodko.
– Coś jest z tobą nie tak. Czuję to.
– Aha. A co? Mogę wiedzieć?
– Ty wiesz, ale wątpię czy mi to powiesz. Dlatego sam muszę się dowiedzieć.
– Nie pomyślałeś może, o tym, że ja mogę nie chcieć żebyś wiedział.
– Pomyślałem, dlatego cię o to nie pytam. Jak masz na imię?
– Księżniczka Eithlienn Eileen Aliezya Elisabeth Rodhless Dephier-Lathinn Gevohey Teigerriaf.
– Aha, jak mam w takim razie do ciebie mówić?
– Jak chcesz. Eithlienn to moje pierwsze imię. Eileen to drugie. W sumie możesz też używać trzeciego – Aliezya.
– Dobra. Ja jestem Remig Medeth Orvillie z Gävroy. Ten młody na koniu to Binyamin, a reszty i tak nie zapamiętasz, wiec ci nie będę mówić. – Milczał przez chwilę. – Kim ty jesteś?
Teraz milczenie trwało znacznie dłużej.
– Na pewno się dowiesz. Pytanie tylko czy to musi być teraz?
– Mogłoby. Ale jak nie chcesz mi tego powiedzieć, to przynajmniej opowiedz o tym jak trafiłaś do tej wieży.
– Normalnie. Wsadzili mnie tam jakiś miesiąc temu.
– Kto? I dlaczego?
– Zadajesz podchwytliwe pytania, wiesz. Kto? Mój ojciec – król Vishtagg. Dlaczego? Bo się mnie cholernie bał.
– Dlaczego się ciebie bał – zapytał cicho Remig.
– Tu jest właśnie problem, bo w sumie sama nie wiem. Nie jestem groźna. Chociaż mogłabym. Jednak nigdy nie kłamię i jeśli komuś coś obiecuję to nie łamię tego słowa. Rozumiesz mnie?
– Tak.
– A wierzysz mi?
– Tak.
– Więc pamiętaj, że nie jestem niebezpieczna dla przyjaciół i lepiej jest mnie mieć po swojej stronie.
– A to dlaczego?
Prześliczna rudowłosa księżniczka uśmiechnęła się paskudnie, co nie pasowało do niej kompletnie.
– Bo jestem dhampirem.
Remig szybko wyciągnął swoją różdżkę i wycelował w Eithlienn. Dziewczyna nie przejęła się tym. Spokojnie jechała dalej, jakby tego nie zauważyła.
– Nie zrozumiałeś mnie, widzę.
– Zrozumiałem wystarczająco wiele.
– Ale nie wszystko. A to różnica. Dlaczego we mnie celujesz? Przecież ci nic nie zrobię. Chyba nie myślisz, że cię ugryzę? Jestem dhampirem a nie wampirem. To prawie to samo, ale jednak nie do końca. Nie muszę pić krwi.
– Musisz.
– Nie muszę.
– Wiem, że musisz – upierał się Medeth.
– Muszę, nie muszę. Ale nie piję.
– Hrabia Rodhless Gevohey Teigerriaf. To on był twoim ojcem.
– Jak na to wpadłeś?
– A Xiężna Elisabeth Dephier-Lathinn twoją matką. Iście wspaniale się dobrali.
– Nie masz pojęcia jak bardzo się kochali.
– Słuchaj elfi dhampirze, mam pojęcie jak bardzo. I daj mi przez moment pomyśleć.
– Myśl sobie ile chcesz. – Eithlienn pojechała trochę szybciej do przodu. Wystarczyło jej, że jeszcze nie próbował jej zabić, więc może naprawdę ją, choć trochę zrozumiał. – Tylko nie wymyśl czegoś głupiego.

* * *

Eithlienn obudziła się o świcie, miała związane ręce. Mogła się domyślić, że tak zareagują.
– Remig! Remig Medeth z Gävroy, przyjdź tu! – Wrzeszczała Eithlienn. – Remig!
Po dłuższej chwili na powóz wszedł czarodziej. Zatrzymał się w połowie drogi do niej z lekkim wyrzutem.
– Słucham cię, Eileen.
– Możesz mi powiedzieć, co to? – zapytała bardzo spokojnie dziewczyna.
– Och. Jesteś związana. To nie był mój pomysł i szczerze go odradzałem.
– No, więc widzę, że powiedziałeś wszystkim o tym, kim jestem, mam rację?
– Najzupełniej. Mają prawo wiedzieć, z kim jadą.
– Tak samo jak prawo do wiązania ich?!?! – Krzyknęła Eithlienn. – Rozwiąż mnie, proszę. – Dodała spokojniej, ładnie krzywiąc usta.
– Nie mogę. Nie nalegaj.
– Mogę rzucić na ciebie urok i wtedy mnie rozwiążesz, albo rozwiązać się sama, ale chcę wiedzieć czy jesteś, choć trochę taki, jakim chciałabym żebyś był.
– To znaczy, jakim?
– Moim przyjacielem.
Nastąpiła długa chwila ciszy przerywana głośnymi oddechami czarodzieja. Stał przed nią patrząc w pustkę stopę nad jej głową. Jego wzrok był daleko. W końcu powrócił do rzeczywistości. Spuścił oczy na twarz dziewczyny i widać było jak z niechęcią obrócił się i wyszedł.
Eithlienn westchnęła.
Leżała chwilę w bezruchu myśląc, dlaczego Medeth tak się zachował, po czym zdjęła sznur krępujący jej ręce. Zeskoczyła z wozu i pobiegła szukać Remiga. Rozglądając się w około, zobaczyła, że zatrzymali się na dużej polanie otoczonej lasem. Spotkała Binyamina, na jej widok dobył odruchowo miecza.
– Cześć Binyaminie. Wiesz może gdzie jest czarodziej?
– Wiem.
– Gdzie?
– Jak będzie chciał z tobą rozmawiać to sam cię znajdzie.
– Powiedz mi, proszę.
– Dlaczego miałbym ci udzielać informacji?
– Ponieważ cię grzecznie proszę – uśmiechnęła się słodko, coraz częściej zaczęła dochodzić, że jej uśmiech już tak nie przekonuje. – Zresztą nieważne. I tak go znajdę. Remig!
– Powiedział, że nie chce przez jakiś czas cię widzieć.
– Mnie? Na pewno chodziło mu o kogoś innego. Gdzie on jest?
– Słuchaj...
Popatrzyła mu w oczy i powtórzyła.
– Mu nie chodziło o mnie, gdzie jest Remig?
I Binyamin jej uwierzył, chociaż bardzo nie chciał. Powiedział wszystko, czego chciała.

* * *

Rudowłosa półelfka biegła lasem w stronę, z której dochodził szum wodospadu. Kiedy dobiegła na miejsce uznała, że czarodzieja tu nie ma. Pewnie powiedział Binyaminowi, że idzie gdzieś indziej, na wypadek, gdybym chciała wiedzieć gdzie jest, pomyślała Eithlienn. Westchnęła głośno, zachwycając się pięknem miejsca, w które trafiła. Korzystając z okazji, że jest sama, zdjęła z siebie śliczną suknię, zostawiając ją na kamieniu. Wskoczyła do lodowatej wody. Jej ciało było nienaturalnie blade i smukłe. Pływała niczym ryba w wodzie. Wynurzyła się z wody niczym piękna rusałka, jej mokra skóra odbijała blask księżyca. Musiałam pływać cały dzień, pomyślała, zanim nie zobaczyła Medetha. Stał na skraju lasu, patrząc na nią. Eithlienn w jednej chwili doskoczyła do sukni, niezdarnie próbując się nią zakryć.
– Odejdź!
– Myślałem, że mnie szukasz. Wybacz, naprawdę nie wiedziałem, że...
– Jasne! Odwróć się!
Czarodziej usłuchał tej dość ostro wypowiedzianej prośby. Księżniczka włożyła na swoje mokre ciało czerwoną suknię. Podeszła do niego a potem się przytuliła. Medeth był tak zaskoczony, że odruchowo ją odepchnął.
Eileen spojrzała na niego z wyrzutem i zaczęła płakać. Zupełnie jak mała dziewczynka, której zabrano zabawkę. Czarodziejowi zrobiło się niezręcznie.
– Przepraszam, nie chciałem.
Eithlienn płakała coraz głośniej.
– No... – podszedł do niej i ją objął. – Przestań, proszę. Nie płacz.
Dziewczyna wtuliła głowę w jego pierś. Chciała coś powiedzieć, ale nie mogła, nie potrafiła.
Czarodziej położył dłoń na jej głowie i wyszeptał parę słów. Księżniczka zesztywniała, już nie płakała.
– Nie czaruj mnie! – Zaczęła wrzeszczeć.
– Uspokój się! – powiedział Remig tonem pełnym magii. Eithlienn rzeczywiście się uspokoiła. Teoretycznie mówiła bardzo spokojnie i ruchy miała opanowane.
– Przestań mnie czarować, proszę. Daj mi się wypłakać. Tylko tego potrzebuję.
– Nie, nie prawda. Potrzebujesz rozmowy.
– Tak, to też.
– Wiec mów, wszystko, co chcesz, ja cię wysłucham.
– To mnie nie czaruj!
– Ty użyłaś swoich umiejętności do zdobycia informacji od Binyamina, więc nie miej mi za złe, że rzuciłem proste zaklęcie uspokajające.
– Dobra, ale ty mnie nie zrozumiesz. Ja się strasznie boję. – Po twarzy poleciały jej łzy, mimo, że była spokojna.
– Czego się tak boisz?
– Nocy. Pełni. – Zaklęcie pękło, a ona ukryła twarz w dłoniach. – od miesiąca nic nie piłam. Równo od tamtej pełni. Ojciec kiedyś mi powiedział, że jeśli nie chcę, to nie musze pić, ale podczas pełni zawsze. A jeżeli nie wypiję tej nocy to się zmienię. W coś strasznego! W coś złego! Tak powiedział.
– Och. Nie, nic się nie stanie.
– Stanie się! Będę potworem! Wtedy was pozabijam. Już nie będę taka jak teraz, zrozum.
– Więc, co chcesz zrobić?
– A gdzie najbliższa wioska?
– Dwa dni drogi stąd. – Tylko on jeden wiedział gdzie są, gdzie jest droga główna i którędy muszą jechać.
– Muszę pomyśleć. – Wstała i chwiejnym krokiem odeszła w stronę lasu.
Medeth także myślał. Siedział ciągle w tym samym miejscu. Noc była bardzo cicha i spokojna. Wstał i poszedł do obozu, który wczoraj rozbili.
Poszedł do wozu, gdy nagle podszedł do niego Binyamin.
– Co się dzieje z tą wampirką? – zapytał chłopak.
– Gdzie jest?
Młodzieniec wskazał ręką drzewo. Remig, nie odpowiadając na zadane pytanie, poszedł w tamtą stronę. Dziew-czyna siedziała skulona pod drzewem. Uklęknął przy niej.
– Eithlienn? – zapytał. Uniosła głowę. Jej oczy patrzyły na niego dziko, a twarz była inna, choć ta sama. Wyglądała jakby oszalała.
– Odejdź. To już się zaczęło.
– Nie. Można temu zapobiec.
Czarodziej wyciągnął sztylet. Eileen zaśmiała się.
– Chcesz mnie zabić? Nie uda ci się.
Medeth jednak przeciął sztyletem swój nadgarstek i pod-stawił jej do ust. Dhampirka momentalnie zaczęła pić. Nie pozwoliła spaść nawet kropli. Im więcej piła, tym jej twarz wyglądała bardziej ludzko, właściwie elfiej. Oczy patrzyły coraz przytomniej. Czarodziejowi zakręciło się trochę w głowie, nie mógł dać jej więcej krwi, więc zabrał rękę i wyleczył ranę. Spojrzała na niego z wdzięcznością w oczach.
– Muszę… jeszcze.
– Wiem. Nic nie poradzę.
Binyamin, który widział jak Eithlienn pije krew Remiga biegł już w ich stronę. Dziewczyna siedziała obok żywego czarodzieja, była umazana krwią.
– Chciała cię zabić!
– Nie. Binyaminie, pamiętasz jak przysięgłeś być mi posłu-sznym w czasie podróży?
Chłopak niepewnie skinął głową.
– Podaj rękę. – Rozkazał mag. Chwycił jego dłoń i przeciął tak jak wcześniej swoją. Dziewczyna przybliżyła się trochę, uśmiechnęła się życzliwie do chłopaka.
– Tylko trochę – szepnęła i zaczęła pić. Po chwili sama przestała, dając rękę Medethowi, ten z kolei ją wyleczył. Binyamin stał wstrząśnięty.
– To było konieczne – powiedział cicho czarodziej. – Dla bezpieczeństwa nas wszystkich.
Wstał chwiejnie, wciąż kręciło mu się w głowie. Eileen poderwała się natychmiast przytrzymując go.
– Dziękuję – szepnęła mu do ucha.
– Zaprowadź mnie do wozu – poprosił. – Rano ruszamy, powiedz reszcie – zwrócił się do Binyamina.
Eithlienn szła z Medethem. Była szczęśliwa, szczęśliwa, że mogła się napić krwi, że nie zamieni się w potwora, że Remig okazał się ją rozumieć, i że mogła być tak blisko niego.

* * *

Nad ranem, gdy słońce jeszcze nie wzeszło, czarodziej zebrał całą kompanię. Wszyscy spoglądali niepewnie w stronę rumianej na twarzy rudej dziewczyny. Wyglądała jak stuprocentowa elfka. Była tak podobna do Xiężnej Elisabeth.
– Posłuchajcie, Eithlienn jest córką księżnej Narftaggu, więc traktujcie ją należycie. Do pewnego stopnia oczywiście.
– Tego wampira? – spytał któryś z krasnoludów.
– Tak. Ta w połowie elfia, w połowie wampirza dziew-czyna do następnej pełni będzie całkowicie niegroźna.
– A potem?
– Potem będzie potrzebowała krwi. To jasne – powiedział jeden z elfów. Miał długie mlecznobiałe włosy, a z jego twarzy nie można było wyczytać żadnych myśli.
– Kiedy następna pełnia? – zapytał woźnica.
– Teraz. – Powiedział elf z granatowo-czarnymi włosami. – Właśnie się kończy.
– Czy tej nocy nie musiała nic pić? – chciał wiedzieć naj-niższy z krasnoludów.
– Musiała – odparł mu ten sam elf. – I piła. Pytanie czyją krew?
– Moją, żeby nie było nieścisłości, to sam jej dałem. Nie rozwódźmy się dłużej nad tym. Do zamku dojedziemy za kilka dni, więc nie musicie się martwić naszą koleżanką. Możecie spać spokojnie.
Kompani odetchnęli z pewną ulgą, rozeszli się by załadować ostatnie rzeczy na wóz.

* * *

Księżniczka Eithlienn Eileen Aliezya Teigerriaf jechała na gniadym wierzchowcu Binyamina. Ten z kolei siedział obok krasnoluda-woźnicy. Krasnolud ów nazywał się Chërrrt. Obok dziewczyny jechał czarodziej Medeth. Rozmawiali.
– Więc jesteś księżniczką? – zapytał Binyamin. – Córką króla Vishtagga?
– Tak. Nie.
– Nie rozumiem.
– Nie jestem jego córką. To mój ojczym.
– Ach, teraz rozumiem. Myślałem, że poznam cię w innych okolicznościach. I że będziesz normalna.
Eithlienn zmarszczyła czoło.
– Miałeś mnie poznać?
– O ile się dobrze orientuję, – rzekł Remig – to miałeś poznać księżniczkę, a ty – zwrócił się do dziewczyny – takową nie jesteś.
– Ja? Jestem.
– Nie. Twoim ojcem jest hrabia Rodhless a matką Xiężna Elisabeth. Jesteś nieślubnym dzieckiem. Bękartem.
– Nie szkodzi.
Czarodziej uśmiechnął się. Przez chwilę nic nie mówił, po czym podjął wątek.
– Nie szkodziłoby, gdyby twoim ojcem nie był wampir. A tak ciebie zamknęli w wieży, a Binyamin miał pewnie poznać twojego sobowtóra.
– To śmieszne – prychnęła Eileen
– Mimo wszystko nie chcę się żenić z wampirem – powiedział chłopak. – Bez urazy.
– Urazy? Ja też nie chcę wyjść za niewyrośniętego tępaka. Poza tym, kto mówi o ślubie.
– Po to tam jedziemy – uświadomił jej Chërrrt. – Właśnie po to.
– To jedzmy. Chcę poznać tę idiotkę, co mnie udaje.
Tak ma prawdę to, Eithlienn była prawie pewna, że udaje ją jej dosyć bliska przyjaciółka. Chciała pojechać po coś zupełnie innego.

* * *

W dalszym ciągu jechali. Z tą różnicą, że Binyamin mógł jechać na swoim koniu. Eileen jechała z Remigiem na jednym wierzchowcu. W wozie elfy grały w niepojętną dla dziewczyny grę.
– Widzisz ten most? – zapytał Medeth dziewczynę. – Już tylko trzy drogi.
Półelfka objęła go mocniej. Binyamin szybko wyłapał, co się dzieje.
– No, widzę, że mnie się pewnie zaręczyny nie powiodą, ale tobie czarodzieju... ehem, żartowałem.
Eileen wyprostowała się nagle i przybliżyła do ucha Remiga.
– Czemu go czarujesz?
– Chłopak ma rację. – Powiedział Chërrrt i oberwał ostrym spojrzeniem maga, jak biczem. Eithlienn w dalszym ciągu przy je-go uchu szepnęła wcale głośno.
– On ma rację.
– Może wolałabyś jechać na wozie? – zapytał czarodziej.
– Może wolałabym tu z tobą – zagadnęła Eileen.
– To zamilcz! – syknął.
Dziewczyna wcale się nie obraziła. Już chciała mu odpowiedzieć, gdy coś wewnątrz ją ostrzegło przed zagrożeniem.
– Ten most... – zdążyła tylko powiedzieć, bo z obu stron zaatakowały ich potężne macki. Eithlienn skupiła uwagę na ko-niach, karząc im jechać, choć nie było to potrzebne, gdyż przestraszone wierzchowce biegły jak mogły najszybciej. Gniadosz, na którym jechał Binyamin, skręcił nogę i upadł. Chłopak poleciało przodu, padając na twarz. Medeth za pomocą magii przeniósł nieprzytomnego chłopca na ląd. W ostatniej chwili zdążyli dojechać do Binyamina, gdy most się zawalił. Wozy wraz z ich towarzyszami pochłonął ogromny potwór.
Binyamin starał się wstać, trzymając się za głowę. Po chwili zaczął rzygać na drogę.
– No to pięknie. – Mruknął, zrozumiawszy, co się stało.
– Wcale mi się to nie podobało. – Powiedziała dziewczyna z kamiennym wyrazem twarzy. – Oni wszyscy...
– Nie żyją – skwitował czarodziej, choć głos mu się łamał. – I my też do nich dołączymy, jeśli tu zostaniemy.
Binyaminowi w końcu udało się podnieść. Eileen podała mu rękę, pomagając mu wejść na konia. Ważyli za dużo dla zmęczonego karosza, gdyż po paru chwilach galopu odmówił jakiejkolwiek współpracy i nawet dar wampirki do wymuszenia na zwierzęciu czegokolwiek nic nie pomógł. Na szczęście znaleźli niedaleko polankę. Rozpalili ognisko i rozłożyli derkę, która im została.
Binyamin poszedł do lasu upolować coś na kolację, bo wszystkie zapasy były na wozie. Wieczór zbliżał się powoli. Eithlienn leżała z Medethem za kocu. Objęła go ręką wtulając twarz w jego pierś.
– Długo go nie ma.
– Poradzi sobie – szepnęła mu do ucha.
Gdy jej usta znalazły się przy jego szyi, poczuła dziwne uczucie. Zapragnęła jego krwi. To było bardzo silne uczucie. Zupełnie inaczej niż kiedykolwiek wcześniej. Bezwiednie otworzyła usta, kładąc kły na jego szyi. Medeth nic nie mówił, nie zwracał jej uwagi. Za wszystkich sił nakazała sobie przestać. Zamknęła usta, całując go.
Podniosła głowę patrząc mu w oczy. Były otwarte. Czekał, co zrobi. Eileen zdała sobie sprawę, że po raz pierwszy spojrzała mu w oczy. Miały niezwykły kolor. Zdawały się mienić wszystkimi odcieniami niebieskiego. Przywodziły jej na myśl morze. Poczuła na twarzy bryzę, usłyszała głosy mew.
– Ja... ja pragnę twojej krwi – z oczu popłynęły jaj łzy. – Nie wiem dlaczego. Nigdy wcześniej tak nie było. Nie z taką siłą.
– Śpij. Spróbuj zasnąć.
– Nie, nie zasnę. Proszę… – błagała. – Tylko trochę.
– Nie.
– Troszeczkę…
– Dobrze, ale odrobinę. Jeżeli choć raz zakręci mi się w głowie...



– Mhm.
Sięgnęła po jego dłoń, wbiła białe, ostre zęby w nadgarstek, tworząc ranę. Piłą krew, słodką i kuszącą. Tylko trochę, skarciła się. Palcem ścisnęła rękę.
– Wylecz.
Czarodziej wyleczył ranę. Dziewczyna zlizała pozostałą krew i przytuliła się do niego.
– Binyamin długo nie wraca. – Powiedział po chwili Medeth.
– Nie ma wracać.
– Co?
– Poprosiłam go o to.
Eithlienn uśmiechnęła się uroczo, całując go w usta. Nie ma co ukrywać, ona też mu się bardzo podobała. Nie tylko fizycznie, bardziej patrzył na to, że tak świetnie się rozumieli. Objął ją ramieniem i odwzajemnił pocałunek.
– Słyszałeś? – poderwała się błyskawicznie.
– Nic nie słyszałem.
– To nie Binyamin. – Odwróciła głowę wpatrując się w ciemność. Po chwili niemal krzyknęła: – Tata!
Remig Medeth Orvillie z Gävroy spojrzał w tę samą stronę co Eithlienn i także zobaczył „tatę”. Zobaczył wysokiego, bladego i bardzo przystojnego mężczyznę ubranego w czarny płaszcz. Zdawał się być częścią nocy. Eileen pobiegła w jego stronę i objęła go.
– Czuję krew – powiedział hrabia Rodhless. – Czyżbyś piła? – zapytał retorycznie. Eithlienn zarumieniła się, co tylko potwierdziła sugestie ojca. Skinęła głową.
– Co zrobiłaś ze zwłokami?
– Nic.
– Gdzie są? – dopytywał się.
– Nie ma ich.
– Jak to?
– Piłam jego krew. – Powiedziała, wskazując ręką czarodzieja.
– Kochanie, pamiętasz może jeszcze, co ci mówiłem?
– Znaczy co?
– Że nigdy, pod żadnym pozorem nie zostawiamy ofiary przy życiu! – był wściekły.
– Aaa... ale dlaczego?
– Dlaczego?! Dlatego, że nie jesteś wampirem szlachetnej krwi tylko dhampirem! Kimś podrzędnym, musisz bardzo uważać by się nie uzależnić. Czujesz to? Coś dziwnego w sobie? Z pewnością to czujesz.
– Tak.
– Dlaczego to zrobiłaś?
Eithlienn była zmieszana.
– Co zrobiłam?
– Dlaczego go nie zabiłaś? Dlaczego w ogóle zaczęłaś pić jego krew?
– Zamknęli mnie w wieży! Gdzie wtedy byłeś?! Prawie miesiąc tam siedziałam, ale on mnie uratował. Pamiętałam, że podczas każdej pełni muszę pić. Ale byłam wśród przyjaciół. Nie mogłam ich zabić, nie potrafiłam... i zaczęłam się zmieniać, tak jak kiedyś mówiłeś. I on dał mi swojej krwi. Pomógł mi.
– Powiedziałem ci, że dhampiry są podrzędne. Mogłyby być…
– Służącymi szlachetnych wampirów – dokończył Medeth. – Ale mogą się stać wampirami. Wiem o tym. i wtedy też wiedziałem. Powiedziałem ci – zwrócił się do dziewczyny, – że muszę to przemyśleć, pamiętasz? Myślałem właśnie o tym. O tym, że możliwe, iż przepłacę to życiem.
– Tak będzie – powiedział spokojnie wampir. – Ale dziękuję ci. Musisz go zabić! – zwrócił się do córki. – Musisz uszlachetnić krew.
– Nie!
– Właśnie, że tak.
– Ja go kocham! Nie chcę go zabijać.
Wampir złapał mocno Eileen i przyciągnął ją do maga. Na siłę wpił jej zęby w jego szyję. Medeth był jakoś całkiem obojętny. Eithlienn nie miała wyjścia. Musiała pić. Pragnęła tej krwi, ale wiedziała, że to go zabija. Płakała nie mogąc nic na to poradzić. Byłą tak wstrząśnięta, że nie wiedziała, kiedy przestać. Silna ręka ojca oderwała ją od niego.
– Co zrobiłeś?
Pochyliła się nam ciałem Remiga, głośno płacząc. Jej ręka zatrzymała się na kamieniu z dziurką powieszonym na rzemyku. Zerwała go, chowając w zaciśniętej dłoni. Binyamin stał niedaleko, widząc całe zajście. Był równie wstrząśnięty jak ona.
– Zabiorę was do zamku – powiedział hrabia. Objął córkę – nie płacz już. Tak trzeba było. Jesteś księciem Binyaminem, prawda?
Chłopak skinął niepewnie głową. Polecieli do zamku. Podróż, która miała trwać trzy dni, nie trwała nawet pół godziny.
Eithlienn siedziała skulona w kącie swojej komnaty nie przestając płakać. Hrabia gdzieś zniknął.

* * *

Wampir powrócił w miejsce, w którym umarł czarodziej.
Czarował.
Czarował pramagią, którą znają tylko Pierwsi.
Potem wrócił na zamek.

* * *

Następnego dnia Eileen poczuła się lepiej. Miała do tego powód. Tym powodem był król. Wiedziała, gdzie są jego komnaty, bo ponad połowę życia spędziła w tym zamku.
Weszła bez pukania do jego pokoju. Vishtagg nie miał czasu na okazanie zdziwienia, gdyż dziewczyna trzymała go mocno, wbijając kły w jego tętnicę na szyi.
Gdy umarł splunęła mu na twarz śliną zmieszaną z krwią. Potem wyszła zamykając cicho drzwi.

* * *

Minęło dwadzieścia lat. Eithlienn była księżniczką. Xiężna Elisabeth poślubiła hrabię Rodhlessa i choć mieli dla siebie tylko noce (jako szlachetny wampir, musiał unikać światła dnia) byli bardzo szczęśliwi.
W trójkę rządzili państwem.
Eileen przygotowywała się właśnie do balu. Ktoś zapukał do drzwi.
– Proszę.
– Witaj kochana, mam dla ciebie niespodziankę – rzekł ojciec.
– Jaki to prezent dla mnie masz tym razem?
Wręczył jej czarno-zieloną, wyszywaną koronkami i perłami suknię.
– Piękna...
– To tylko przekąska. Niespodzianka jest na dole.
Dziewczyna uśmiechnęła się.
– Wszyscy na ciebie czekają.
Księżniczka przebrała się. Na piersi miała zawieszony od dwudziestu lat kamień na rzemyku. Pamiątkę po Medecie. Wciąż go pamiętała. Spojrzała w lustro. Od dnia jego śmierci nie postarzała się nawet o dzień. Jego śmierć uszlachetniła jej krew. Stała się nieśmiertelna jak ociec i matka, piękna elfka.
Zeszła do sali, w której czekali goście. Ojciec zaczepił ją przy wejściu.
– Tam jest twój małżonek – oznajmił. – żebym nie miał wątpliwości, sama go znajdź.
– Nie chcę męża.
– Znajdź go. On tam jest. Ale jeśli mi się nie udało, to go tam nie będzie. Jeśli go nie znajdziesz to nie będę nalegał na ślub, zgoda?
– Mhm.
Ruszyła przez tłum sama nie wiedząc, czego szuka. Widziała wiele twarzy przystojnych synów krezusów. Jej spojrzenie zatrzymało się na chłopaku ubranym na szaro. Miał strój w stylu kantavksinów. Kantavksini byli uczniami Szkoły Dwóch Mieczy. Młodzieniec miał na plecach miecz i drugi przy pasie, do tego sztylety. Był uzbrojony lepiej niż oddział gwardzistów dbających o jej bezpieczeństwo. Zastanawiając się, kto go tu wpuścił, poszła w jego stronę. Uśmiechnął się do niej bezczelnie. Spojrzała w jego oczy i zobaczyła w nich morze.
Morze? Zastanowiła się chwilę, choć już wiedziała. Przecież to niemożliwe. Zdjęła kamień i założyła mu na szyję.
– Znalazłaś. – Powiedział chłopak uśmiechając się do niej jak kiedyś ktoś, kto nauczył ją kochać. Znała ten uśmiech bardzo dobrze.
– Wróciłeś – szepnęła ledwo słyszalnie.